
– Fajnie, że jednak przybyliście! Zmiana! To brzmi jak dzwon na jarmarku.
– A co, masz pietra?
– Niee. Bać, to się nie boję. O siebie, oczywiście. Ale z Dokiem marnie. Kości się nie zrastają. Czegoś brak w organizmie.
– No, a kontakty?
– Widziałeś moje kontakty. O mały włos nie wyprawiłem was tamten świat.
– Nerwy wysiadły?
– Wysiąść nie wysiadły, ale przyzwyczaiłem się do trzymania palca na spuście. Wy też zakosztujecie tego, bądźcie spokojni.
– Po to przyjechaliśmy.
– Rakieta w porządku?
– Caluteńka.
– A automatyka?
– Również.
– A wy w ogóle tu zostajecie? – zapytał nagle.
– Oczywiście. My na zmianę, a wy do domu. Siadaj za pulpit sterowniczy i wio.
Kowboj-Pilot wykonał coś w rodzaju szamańskiego tańca wśród rozdeptanych niedopałków, pustych butelek, otwartych puszek i rozgniecionych tubek ze skoncentrowanym bulionem i serem. Można było tylko podziwiać, jakim cudem nie potknął się i nie złamał nogi na tym śmietniku. Być może ten przestronny pokój bez okna, ale z czystym sztucznym powietrzem dawniej nadawał się do mieszkania, teraz jednak wyglądał jak po rewizji albo po bójce pijanych gości. Odrapane stalowe ściany tu i ówdzie przecinały wypalone promiennikiem szramy.
