
W pokoju było czysto i schludnie – żadnych niedopałków, butelek, puszek. Jedno z wysuwanych łóżek było starannie zasłane, a na drugim leżał niemłody już, szpakowaty mężczyzna w rozpiętym mundurze z dystynkcjami. Był gładko ogolony, jak jego towarzysz, za wyjątkiem charakterystycznej, donkiszotowskiej bródki. Nie poruszył się i nie otworzył oczu.
– Obudź się, Dok – powiedział Pilot. – Zmiana. Nareszcie długo wyczekiwana zmiana.
– Co, co? – zawołał leżący na łóżku i otworzył duże oczy o dobrym i wcale niesmutnym spojrzeniu.
– Nie poznaje pan? – zapytał Kapitan.
Doktor przycisnął guzik u wezgłowia. Stora uniosła się i w pokoju zrobiło się jaśniej.
– Teraz poznaję – powiedział. – A więc jest was tylko trzech? Niedużo.
– Czwarty sprawdza łączność.
– Nas też było czterech – mówił w zamyśleniu Doktor. – Czterech Dwóch żyje, dwóch pochowano przy stacji. Zamiast łopaty użyto promiennika, a ołowiu z odkrywki zamiast nagrobka. Jak się to odbywało nie wiem, nie widziałem.
– Nie sprawia pan wrażenia człowieka przybitego nieszczęściem -: zauważył Kapitan.
– Nie umiem rozpaczać. I nie warto, moim zdaniem. Nie poszczęściła się, no to trudno. My zaczęliśmy, wy zakończycie, a jeżeli nie wy, to inni. Naszych błędów nie powtórzycie, wykorzystacie doświadczenia, no, a nas do archiwum Służby Kosmicznej.
Pilot kaszlnął znacząco. Doktor roześmiał się.
– Wybacz, mówię o sobie. A jeżeli mnie wyłatają, to myślę, że też się przydam.
