– Ale z ciebie erudyta – uśmiechnął się Kapitan. – My również znamy instrukcję. „Odbicie”! Ale w jakim ośrodku?

– Nie wiem – przyznał się uczciwie Alik. – Może załamanie w odpowiednio zabarwionych warstwach atmosfery?

Bibl zaoponował, nie odrywając wzroku od iluminatora.

– Zbyt wysoko, żeby mówić o atmosferze. Na „Hedonie 2” przypuszczają, że mogą to być kolorowe mgławice pyłowe.

– Dlaczego na drugiej? A gdzie pierwsza?

– Skończcie tę gadaninę! – skrzywił się Kapitan.

W instrukcji, w której mówiono o pracy stacji kosmicznej „Hedona 2”, rzeczywiście ani słowem nie wspomniano o „Hedonie 1”. Autorzy instrukcji zapewne nie uważali za konieczne informować o ekspedycji, która nawet nie zaczęła pracy. Kapitan, jak wszyscy doświadczeni kosmonauci, dobrze wiedział, co się stało. Obsada stacji po prostu zniknęła razem ze statkiem kosmicznym. Dotarła do planety, ale nie wylądowała. Ostatnia wiadomość przekazana za pośrednictwem łączności laserowej na Ziemię komunikowała, że ekspedycja, już po wejściu na orbitę wokoło planety, nagle zmieniła kurs i ruszyła w kierunku jednego z kolorowych słońc pozornych. Nie podano celu tego przedsięwzięcia: i bez tego było jasne, że ekspedycja podjęła bezpośrednie badania zagadkowego fenomenu optycznego. Proste i kuszące.

Kapitan westchnął: cóż może być prostszego, niż pójść na zbliżenie ze zwykłą iluzją optyczną. Można podejść blisko, być może wskoczyć do środka świetlnej kulki i… zniknąć. Wysłana na poszukiwania następna ekspedycja nie znalazła na planecie żadnych śladów lądowania ani też oznak katastrofy.

Kapitan wiedział, że lekkomyślność poprzedników „Hedony 2” była jaskrawym naruszeniem instrukcji.



3 из 298