Szesnaście lat spędzonych w kosmosie nie przygarbiło jego postaci, a raczej wyprostowało go jeszcze bardziej i jednocześnie rozwinęło jego barki i tors. Wprawdzie algol był na Ziemi pod koniec dwudziestego pierwszego wie ku językiem międzynarodowym, dublującym język maszynowy, jednak że Mały, podobnie jak reszta uczestników ekspedycji, najchętniej posługiwał się językiem swego dzieciństwa. Pierwszy sprzeciwił się „algolizacji” Bibl, który zmusił Alika do uczenia się na pamięć całych stron Puszkina i Majakowskiego. „Algol, algol – mruczał – ale Puszkin mimo wszystko pisał po rosyjsku… Kocham cię, Grodzie mój Piotrowy; twych zwartych kształtów kocham ład… No, teraz ty”. I Alik obdarzony pamięcią jak komputer recytował dalej do wskazanego wersu. Ale jego gusta nie ograniczały się do klasyki. Z takim samym zapałem cytował również matematyka Merle’a, który odkrył prawo wielofazowości przestrzeni i współczesnego poetę Ejsmonta, genialnie łączącego lirykę i algol.

– Czarna, pustynna planeta – wygłosił z patosem odszukawszy w pamięci odpowiednie rymy – pod nogą dźwięczy jak metal…

Kapitan skrzywił się, nie lubił patosu.

– Daj spokój – uciszył Alika. – Zleź z koturnów. Patrz i słuchaj. Dźwięczy? Nic nie dźwięczy. I to wcale nie metal, ale nadtopiony kwarc. – Jeszcze raz uważnie rozejrzał się wokoło i dodał: – Widzicie pył? I żadnych śladów – ani pojazdu, ani człowieka.

– A jeżeli mają poduszkowiec?

– Przecież gdzieś musiałby się zatrzymywać. Nawet przy drzwiach nie ma śladów. Może już nie wychodzą na zewnątrz?

Cała czwórka w milczeniu przypatrywała się kopulastemu budynkowi stacji. Dzieliło ich od niego nie więcej niż dziesięć kroków. Wszystkie żaluzje w oknach były opuszczone, ciężkie drzwi zamknięte na głucho. Ich powierzchnia z nierdzewnej stali odbijała słońce niczym zwierciadło.



9 из 298