– Schodzimy do lądowania – oznajmił Alik.

Pięć kolorowych słońc przesunęło się poza obrzeże iluminatora, znów ustępując miejsca przymglonemu, srebrzystemu dyskowi planety. Bibl nacisnął przełącznik i usunął filtr. Wyraźnie było widać ciemnoszarą plamę kontynentu, przypominającego odwróconą do góry nogami Afrykę, płynącego swobodnie w otaczającym go oceanie, jak tratwa zmierzająca po jakimś swoim niezauważalnym i nie dającym się obliczyć kursie.

W miarę zbliżania się plama ciemniała, rozmyty tusz gęstniał, a zniekształcona Afryka zmieniała się w czarne wieko fortepianu. Rakieta zniżała się, pozwalając dojrzeć i obwiedzione białą linią granice naturalne go kosmodromu, i wieżyczkę stacji kosmicznej, wetkniętą jak cieniutki igiełka w czarny, nadtopiony kamień.

– Flaga opuszczona – zauważył Alik.

Opuszcza się ją, gdy zaistnieje niebezpieczeństwo; to sygnał, ostrzeże nie dla kosmolotów. Może oznaczać radiację lub epidemię. I jedno, i drugie było wykluczone. Wszyscy trzej o tym wiedzieli i zagadkowość co miało nastąpić, niepokoiła i zaostrzała uwagę. Gdy rakieta wreszcie wylądowała w odległości około kilometra od masywnego budynku stacji, milczenie czarnej pustyni stało się jeszcze bardziej zatrważające. Nikt nie podniósł plastikowych żaluzji w oknach, nie wybiegł na spotkanie.

– Co z nimi? Powymierali wszyscy, czy co? – zapytał po rosyjski Mały, dwumetrowy, rudowłosy dryblas w wieku trzydziestu, trzydziestu paru lat.

Na pierwszy rzut oka przypominał Skandynawa lub Irlandczyka, choć urodził się i wychował w Leningradzie, podobnie jak i dowódca.



8 из 298