
VII
Berlin śpi. Pod żółtymi latarniami wysepki światła, a dalej już tylko wilgoć: promienie nie rozchodzą się w gęstej mgle i deszczu. Wielkie, wspaniałe miasto pogrążone we śnie. Cisza.
Zielone światło na skrzyżowaniu. Bezruch.
Wspaniale wygląda zielone światło w gęstej mgle. Zyskuje nowe, niepowtarzalne, trudne do wyrażenia słowami odcienie. Szkoda, że nikt nie podziwia tego piękna. Tylko on, przemoczony i zziębnięty. Szkoda, że musi iść przed siebie, choć nie ma dokąd. Jest mu źle, bo to wielkie miasto raptem stało się dla niego obce. Jest mu źle, bo za mokrymi murami są suche, przytulne pokoje.
Tam, w pokojach, pod suchymi powłoczkami, z nosami w puchowych pierzynach śpią mieszczuchy.
Źle jest człowiekowi, który nie ma ciepłego, suchego pokoju ani pierzyny.
Poza tym przemoczony wiedział: za kołyszącą się latarnią, za tym oklejonym mokrymi afiszami słupem, za węgłem odrapanego gmachu czeka go nieszczęście.
Nieszczęście, któremu nie zdoła zapobiec.
VIII
Nalać wam jeszcze, towarzyszu Chołowanow?
– Nie, dziękuję, towarzyszu Stalin.
– No, to do rzeczy. Jak postępuje szkolenie grupy hiszpańskiej?
– Według planu. Dziewczyny robią spore postępy.
– Wybór trzynastego?
– Tak jest, towarzyszu Stalin.
– Uważacie, że wybierzemy odpowiednią?
– Jest sześć, a potrzebujemy jednej. Każda ma mocniejsze i słabsze strony, ale jedną wybierzemy bez problemu.
– A gdyby tak zwiększyć grupę?
– Placówka szkoleniowa przewidziana jest na sześć kandydatek…
– No to jest sześć… I jedna rezerwowa. Dobra?
– Jak rozkażecie, towarzyszu Stalin.
– Nie rozkazuję. Zróbcie, jak uważacie. Potrzebuję odpowiedniej kandydatki…
– Możemy dołączyć siódmą jako rezerwową, ale dziewczyny z grupy są już mocno zaawansowane. Żeby tylko dała sobie radę.
