
Olbrzym chyba się domyślił, o czym myśli nowy lekarz, bo odwrócił się i powiedział:
— Koszmarny widok, prawda? — Błękitne oczy na tle umorusanej twarzy wyglądały jak porcelanowe.
Pawłysz nie ośmielił się zaprzeczyć.
— Nie przedstawiliśmy się sobie. Jestem Jim — powiedział ogromny pilot.
— Leskin — odezwał się chudy, który prawie leżał w fotelu. Oczy miał zamknięte.
— Władysław Pawłysz. Sława — i powiedziawszy to Pawłysz poczuł, że chyba zbyt wcześnie na poufałość.
— Doktor Pawłysz — powiedział Leskin. — No cóż, bardzo nam przyjemnie.
— Co dolega chorym? — zapytał Pawłysz.
— Różne rzeczy — odparł pilot Jim Leskin ponownie zamknął oczy. — Leopold ma złamaną nogę. Duża Tatiana — febrę. Pozostali — rozmaicie. Do koloru, do wyboru…
— A pan? — Pawłysz od razu chwycił byka za rogi.
— Ja? — pilot zmieszał się i popatrzył na Leskina, ale nie uzyskał od niego pomocy. Wówczas puścił dźwignię steru i zakasał rękaw powyżej łokcia. Spod kombinezonu wyłoniła się głęboka, jeszcze nie zagojona rana, jakby od ciosu siekierą. — A na febrę chorowałem już dwa razy — pocieszył skwapliwie Pawłysza.
— Jim, nie strasz doktora — powiedział Leskin wysokim, i nieco histerycznym głosem.
— Zajmę się panem zaraz po wylądowaniu — powiedział Pawłysz. — Po dwóch dniach nie będzie nawet śladu.
Przy tych słowach Leskin zupełnie się ocknął i powiedział mentorskim tonem:
— Jest pan nietaktowny, młody człowieku. Streszny to świetny lekarz.
— Ani przez chwilę w to nie wątpiłem.
— A ja powtarzam, że Streszny jest doskonałym lekarzem i robił wszystko, co w ludzkiej mocy… Natomiast pan, nie znając naszych warunków…
Pawłysz już zamierzał ostro zareagować, gdyż uważał siebie również za niezłego lekarza, ale przygryzł język. Zrozumiał, że przez Leskina może przemawiać zwyczajna zazdrość. Streszny był jego przyjacielem, a Pawłysz występował w roli smarkatego lejtnanta, przysłanego do plutonu, którego uwielbiany dowódca został wczoraj ranny.
