
– Mów w liczbie pojedynczej, jak dotąd, to jest jedna wiadomość. A w jakiej formie chciałeś?
– Delikatniejszej. Cholera. Więc jednak…
Zamilkłam. Miecio coś wiedział. Twarz wracała mu do normalnej barwy, Maria przestała go obmacywać. – Hiena cmentarna – powiedziała z wyrzutem.
– Przecież nim nie kończymy! – zaprotestowałam. – Co prawda przez pomyłkę, ale jednak! Poza tym, teraz już wszyscy wiedzą, że Derczyk nie jedzie. Poza tym, w ogóle, kto to jest Bazyli?
– Jaki Bazyli? – zainteresowała się Maria.
– Cicho! – syknął Miecio równocześnie.
Zaciekawiło mnie to w wysokim stopniu. Miecio musiał wiedzieć dużo.
– W uzdrowisku stracić zdrowie, to byłby paradoks – dodał trochę jakby ni przypiął, ni wypiął. – Skąd ci się… Po co ci takie krzyki…
– Doznał szoku – zaopiniowała Maria z troską. – Jest wódka w bufecie? Koniak może?
– Koniak, koniak – przytaknął gorliwie Miecio.
– Jest na dole punkt sanitarny – przypomniałam. – Chociaż możliwe, że są zajęci… Ale chyba nie, bo karetka stoi.
– I tak by go karetką nie wieźli…
– A koniaczek może mieć pan Sobiesław albo Waldemar.
– Cicho bądźcie! – rozgniewał się nagle Miecio. – Od Sobiesława nie chcę, od Waldemara też nie, z bufetu może być. Nie ma tu w ogóle potrzeby tego rozgłaszać!
Niepewna, czego rozgłaszać, zejścia Derczyka czy szoku Miecia, podniosłam się i udałam do bufetu. Koniaczek był. W pięć minut po dziwactwach Miecia nie pozostało ani śladu. Iudzie zaczęli wracać na górę.
Czwarta gonitwa ruszyła i Kujawski na Fatimie wygrał jak chcąc, o trzy długości przed resztą. Trafiłam porządek i zaczęłyśmy triplę, przeciwko wygraniu której Maria protestowała z wielką energią i rozgoryczeniem, upierając się, że na zwłokach żerować nie będzie. Pocieszałam ją, że może Derczyk żyje, nic się przecież nie dzieje, żadnego zamieszania nie ma i policja się nigdzie nie plącze, a w ogóle może wygra Miazga. Nie pomagało, zdenerwowana była ciągle.
