
– A skąd właściwie wiedziałaś, że Derczyk nie pojedzie? Rozejrzałam się. Ioża opustoszała, wszyscy pętali się na dole przy kasach, siedzieliśmy sami, jeśli nie liczyć pana Sobiesława, pogrążonego w przeglądzie prasy o parę foteli dalej. Trochę zniżyłam głos.
– Coś mi się widzi, że Derczyka mamy z głowy na zawsze… Miecio drgnął gwałtownie i spojrzał na mnie.
– Bo co?
– Bo leży w berberysie i bardzo żywo nie wygląda. Moim zdaniem, przeniósł się na lepszy świat, chyba że jest taki strasznie pijany, ale nawet pijany, zanim padł, doznał silnych uszkodzeń.
Maria uczyniła ruch jakby chciała się zerwać. Powstrzymałam ją.
– Siedź, niepotrzebna tam jesteś. Już mówiłam dyrektorowi i Krzysio poleciał. Zapomniałam potem spojrzeć, ale już go pewnie zabrali.
– Kiedy go tak widziałaś?
– Przed gonitwami. Poszłam obejrzeć zielsko.
– No wiesz, że zdenerwowałaś mnie! Dlaczego od razu… A, prawda, ja się spóźniłam! Mieciu…
Obie równocześnie spojrzałyśmy na Miecia. Na ogół był na twarzy pełny i różowy, teraz prezentował jakąś dziwną, siną zieleń. Gwałtownie odwrócił się od nas, oparł w fotelu, wpatrzył w okno. Maria chwyciła go za puls.
– Mieciu, Jezus Mario…!
– Nic, nic – wyszczekał Miecio z widocznym wysiłkiem. – Nic mi nie jest. Ja też się zdenerwowałem…
– Nie kochałeś przecież Derczyka nad życie? – spytałam z naganą. – To nie był twój brat?
– No wiesz…! – zgorszyła się Maria.
– Wiem, owszem. Porządni ludzie reagują i tak dalej. Ja mam to już odpracowane, a Mieciowi przejdzie, o ile nie miał z nim związków, o których nie wiemy. Dlatego pytam. Mogę przynieść wody. Ty jesteś lekarzem, nie ja, wydaj zarządzenie.
Maria trzymała Miecia za puls, drugą ręką rozszarpała mu koszulę i dotknęła jego klatki piersiowej. Miecio zaczął odzyskiwać równowagę.
– Nie rozbieraj mnie! – zażądał gwałtownie w pierwszej kolejności. – Nic mi nie jest, to był szok. Czy ty musisz takich wiadomości udzielać w formie… w formie… No, w formie?
