
– Koń po Derczyku i koń po Derczyku… – powiedziała z wyraźną rozpaczą dziewczyna za mną. – Proszę pani, bardzo przepraszam, czy to jest reproduktor? Ja nie słyszałam o takim koniu…
– Derczyk to dżokej – odparłam z lekkim roztargnieniem i dość pośpiesznie, bo zaczęłam być mocno zainteresowana naszą kończącą się triplą. – Taki on dżokej, jak ja, na przykład, gejsza. Pierwszy raz nie jedzie na swoich koniach, niech pani z tego wyciągnie wnioski.
– O Boże. Spróbuję. Ja się znam na koniach jako takich, ale o wyścigach nie mam pojęcia. Nic z tego nie rozumiem, co się tutaj mówi i co się dzieje.
Zatrzymałam się jeszcze chwilę w drodze do kas.
– Miejsce konia na celowniku na całym świecie zależy od jeźdźca mniej więcej w jednej dziesiątej – wyjaśniłam niecierpliwie. – Może w jednej czwartej w wyjątkowych wypadkach. U nas proporcja jest odwrotna, miejsce konia zależy od dżokeja co najmniej w połowie, a gdyby nie to, że koń jest zwierzęciem silnym i grymaśnym, zależałoby w stu procentach. Derczyk pojechać nigdy nie umiał, a konie go nie lubią. Jak wrócę, to pani powiem o Luandzie.
Zostawiłam ją niedoinformowaną i poleciałam na dół. Dżubar zrobił się pierwszą grą, bloki na nim wisiały. Nie wierzyłam w ucznia Miazgę prawie w tym samym stopniu, co w Derczyka, w tripli przez pomyłkę Marii miałyśmy Terencję, nie była pierwszym faworytem. Faworytem w zasadzie powinien być Swing, a zaraz za nim Krysta, tripla mogła być całkiem niezła pod warunkiem, że ta Terencja wygra. Dla zauroczenia zagrałam wszystko ze Swingiem i wszystko z Krysta, do ręki nie biorąc Dżubara, potem się zreflektowałam i zagrałam go górą, chociaż nie miało to sensu pod żadnym względem. Wróciłam na piętro.
