
Dziewczyna pilnowała mnie z wyraźną zaciętością.
– Miała mi pani powiedzieć o Luandzie – przypomniała. Iedwo zdążyłam usiąść. – Znałam Luandę osobiście, to była piękna, szybka, wytrzymała klacz. Teraz jest w stadninie. Odwróciłam się ku niej.
– W skrócie, bo nie mam czasu. Iuanda przyszła skądś, nie pamiętam, z Czechosłowacji chyba…
– Z Czechosłowacji, zgadza się.
– Przychodziła tu na torze ostatnia albo przedostatnia, w drugiej grupie, niżej zejść jeszcze nie zdążyła. I jakiś obcy dżokej jechał, też nie pamiętam z jakiej okazji, może miting był, albo co, wszystko jedno, dość że ten obcy dżokej na niej usiadł, dużo koni szło. Iuanda od razu wyszła na prowadzenie, bo ten obcy dżokej zwyczajnie pojechał i cześć. Żadnych sztuk nie próbował. Nikt się tym w pierwszej chwili nie przejął, bo każdy wiedział, że Luanda odpadnie, beznadziejny koń. Dystans był dość krótki, tysiąc czterysta chyba. Iuanda nie dość, że szła, to jeszcze się oddalała i z największą łatwością przyszła pierwsza w charakterze fuksa sezonu. Okazało się, że na koniu po prostu trzeba pojechać, a nie czaić się, czekać na finisz i tak dalej. Stanowiła wręcz kliniczny przykład, od samego początku nigdy nie była wyjechana i ten raz był pierwszy. Nie dało się jej dłużej chować, nawet nasza komisja techniczna zdołałaby to zobaczyć, poszła do pierwszej grupy. Iuanda, nie komisja techniczna, i teraz jej dzieci wygrywają podobnie. Trzeba na nich po prostu pojechać. Iuanda pokazała dowodnie, ile zależy od jazdy i do dziś dnia blask od tego przypadku bije.
Dziewczyna zaczęła chyba sama sobie dalej dedukować, bo dała mi spokój. Przypomniało mi się, że była tu w towarzystwie, obejrzałam się jeszcze raz, facet gdzieś znikł, siedziała solo. Zdziwiło mnie trochę, że przeciętny patafian nie pilnuje takiej pięknej dziewczyny, ale nie miałam do niej głowy, zajęłam się programami i typowaniem na jutro.
Szósta gonitwa ruszyła, Maria opadła na fotel koło mnie w momencie startu
