Trudno było powiedzieć, że było to wrażenie, jakiego się spodziewał.

Miss Kingman była istotnie zakłopotana, przejęta i urażona. Lecz sprawiło to raczej nieoczekiwane i brutalne wtrącenie się Simpkinsa do rozmowy, a nie treść jego wywodów.

Reginald Huttling nie wyglądał bynajmniej na zmiażdżonego, zdemaskowanego zbrodniarza. Spokojny jak zwykle, podszedł do Simpkinsa. Nie zwracając uwagi na wycelowany rewolwer detektywa, po krótkiej walce wyrwał mu go z rąk, rzucił na bok i cicho powiedział:

— Widzę, że nie wystarcza panu dziesięć tysięcy dolarów, które ma pan otrzymać za sprawienie pewnym ludziom przyjemności zobaczenia mnie na krześle elektrycznym. Tylko obecność pani powstrzymuje mnie od rozprawienia się z panem w należyty sposób.

Miss Kingman przerwała ich kłótnię.

— Niech mi panowie przyrzekną — powiedziała zwracając się raczej do Simpkinsa — że takie sceny już się nie powtórzą. I niech się pan o mnie nie martwi, panie Simpkins, nie potrzebuję pańskiej opieki. Zostawcie wasze porachunki do czasu, gdy powrócimy na ląd. Tutaj jest nas tylko troje, tylko troje ludzi wśród bezkresnego oceanu. Kto wie, co nas jeszcze czeka? Może w chwili niebezpieczeństwa będziemy siebie potrzebowali nawzajem? Robi się coraz chłodniej, słońce zaszło. Czas pójść spać. Dobrej nocy!

I rozbitkowie udali się do swych kajut.

IV. Morze Sargassowe

Jim Simpkins źle spał tej nocy. Wiercił się na łóżku i nasłuchiwał. Zdawało mu się, że Huttling czai się w pobliżu, że skrada się, że czyha na niego, by się zemścić, by go zabić. Oto rozległy się jakieś kroki, gdzieś zaskrzypiały drzwi… Przerażony detektyw usiadł na łóżku.



12 из 186