— Przywidziało ani się, jest zupełnie cicho… Do licha, jaka ta noc jest duszna! Moskity i komary nie dają człowiekowi spokoju. Skąd mogło się to skrzydlate plugastwo znaleźć tutaj, na środku oceanu? Może bredzę w gorączce albo może jesteśmy blisko jakiegoś lądu? Warto by się czegoś napić.

Nie pierwszy już raz Simpkins wybierał się do ładowni statku, w której znajdował się duży zapas konserw i win. Po omacku, w ciemności, dotarł pomyślnie na miejsce i już łyknął sporą porcję rumu, kiedy nagle usłyszał jakiś dziwny szmer. W tym labiryncie trudno było stwierdzić, skąd docierają te dźwięki. Simpkinsa przeniknął dreszcz.

— Szuka. Nie ma co mówić, dobra zabawa w chowanego. Byle tylko nie znalazł do rana. A potem trzeba będzie poprosić miss Kingman o opiekę — i Simpkins, wstrzymując oddech, zaczął się przekradać do najdalszego zakątka ładowni, prawie przy poszyciu. Właśnie tam, za poszyciem, rozległ się nagle szmer, jak gdyby jakiś nieznany potwór morski wypłynął z dna morza i ocierał się chropowatą skórą o burtę statku. Tajemnicze dźwięki były coraz głośniejsze. I nagle Simpkins poczuł, że statek zakołysał się jakby wskutek lekkiego pchnięcia. Ani fale, ani kamienie podwodne nie mogły być przyczyną takiego dziwnego kołysania. W ślad za tym wstrząsem nastąpiło jeszcze kilka, połączonych z jakimś głuchym hukiem.

Simpkinsa ogarnął lodowaty strach — taki, jaki odczuwali zwierzęcy przodkowie człowieka — strach przed niewiadomym. Biada temu, kto nie potrafi natychmiast pokonać tego uczucia! Ślepe instynkty dławią wówczas myśl, paraliżują wolę, panowanie nad sobą.

Simpkins poczuł chłodny powiew na karku, włosy stanęły mu dęba. Wyjąc dziko, potykając się i przewracając, pobiegł na górę, na pokład.

Huttling szedł w jego stronę. Simpkins, zapomniawszy o wszystkim, prócz strachu przed niewiadomym, omal nie rzucił się w objęcia człowieka, przed którym krył się niedawno jak mysz w norze.



13 из 186