
— Co to jest? — zapytał jakimś syczącym gwizdem (nerwowe drgawki zdławiły mu gardło) i chwycił Huttlinga za rękę…
— Wiem tyle co pan… Statek przechylił się lekko na bok, potem dziób spadł i podniósł się znów. Ubrałem się szybko i poszedłem zobaczyć, co się stało.
Księżyc oświetlał jasno część pokładu. Zniszczona podczas katastrofy stępkowa część statku pogrążona była w wodzie, a pokład znajdował się tuż prawie na poziomie wody.
Simpkins został nieco wyżej, obserwując Huttlinga, który zbadał stępkową część pokładu.
— Dziwne, dziwne… Niech pan tu zejdzie, Simpkins, niech się pan nie boi.
— Dziękuję, ja stąd też dobrze widzę.
— Simpkins, to pan? Co się tam stało?
— Miss Kingman, proszę zejść do nas — rzekł Huttling, ujrzawszy Vivian schodzącą na dół przez pokład.
Podeszła do Huttlinga, a za jej przykładem uczynił to również Simpkins. Obecność dziewczyny uspokoiła go.
— Niech pani popatrzy!
Pod jasnymi promieniami księżyca pokład świecił białością. A na tym białym tle widać było ciemne plamy i ślady. Jak gdyby jakieś wielkie zwierzę wpełzło na pokład, zatoczyło półkole i spadło z prawej burty, łamiąc żelazne pręty poręczy jak słomkę.
— Proszę zwrócić uwagę: to przypomina ślad ciężkiego brzucha, który wlókł się przez pokład. A po bokach — widać ślady łap lub raczej płetw. Odwiedził nas jakiś nieznany potwór.
Simpkinsa znów ogarnął strach, niepostrzeżenie zaczął się cofać po spadzistym pokładzie.
— A co to są za śmiecie? To jakieś rośliny zostawione widocznie przez nieznanego gościa? — i miss Kingman podniosła gronorost z podłogi.
Huttling obejrzał uważnie gronorost i pokiwał głową z niezadowoleniem.
— Sargassum, brunatnice. Tak, to nie ulega wątpliwości? To są gronorosty. Oto gdzie nas zaniosło. Do licha! Sprawa przybiera kiepski obrót. Musimy zastanowić się nad sytuacją.
