
Miss Kingman i Simpkins spojrzeli zdumieni: przed nimi rozciągała się nieruchoma powierzchnia oceanu jak stojący staw. Nie było śladu fali, ruchu, plusku. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetliły to dziwne, zastygłe morze, podobne do dywanu z jasnozielonych gronorostów.
— Nie chcę pana straszyć, Simpkins, lecz biada statkowi, który wpadnie do tej „puszki z gronorostami”, jak Kolumb nazwał Morze Sargassowe
— Więc co z nami będzie? — zapytał Simpkins.
— Niewykluczone, że to samo co z innymi. Morze Sargassowe nosi nazwę cmentarzyska okrętów. Rzadko udaje się komuś z niego wydostać. Ludzie, którzy nie umrą tu wskutek głodu, pragnienia lub żółtej febry, giną, kiedy statek tonie pod ciężarem narastających polipów lub z powodu przedostającej się wody. A morze powoli pochłania nową ofiarę.
Miss Kingman słuchała uważnie.
— To straszne! — szepnęła wpatrując się w zastygłą zieloną powierzchnię morza.
— My, w każdym razie, znajdujemy się w lepszej sytuacji od wielu naszych poprzedników. Statek trzyma się dobrze. Może uda nam się załatać dziurę i wypompować wodę. Zapasów żywności wystarczy dla nas trojga na kilka lat.
— Lat! — krzyknął Simpkins podskakując na krześle.
— Tak, kochany panie Simpkins, możliwe, że będzie pan musiał poczekać kilka lat na upragnioną nagrodę. Odwagi, Simpkins.
— Gwiżdżę na nagrodę, niech bym się tylko wydostał z tego przeklętego bajora.
… Zaczęły się monotonne, nużące, upalne dni. Chmary nieznanych owadów unosiły się nad tym stojącym bagniskiem. W nocy moskity nie pozwalały spać. Czasami mgła kładła się nad morzem jak całun żałobny.
