Na szczęście znajdowała się na statku dobra biblioteka. Miss Kingman dużo czytała.


Wieczorami zbierali się w ogromnym, wytwornym salonie. Vivian śpiewała i grała na fortepianie. Coraz częściej Simpkins zaczął przychodzić na te zebrania wieczorne z butelką wina: rozpił się z rozpaczy.

Huttling musiał zamknąć na klucz magazyn z napojami. Simpkins usiłował protestować, lecz Huttling był nieubłagany.

— Jeszcze tego nam brakuje, żeby mieć kłopot z alkoholikiem. Niech pan zrozumie, bezmyślny człowieku, że pan zginie, jeśli się pana nie powstrzyma.

Simpkins musiał się poddać.

V. W królestwie umarłych

Zdawało się, że parowiec stoi na miejscu. Lecz jednak jakiś powolny prąd ciągnął go na środek Morza Sargassowego. Coraz częściej napotykali po drodze na pół zgniłe i zzieleniałe szczątki statków. Zjawiały się jak kościotrupy z obnażonymi „żebrami” — wręgami i złamanymi masztami; przez pewien czas płynęły za parowcem i ginęły w dali. W nocy straszyły Simpkinsa „upiory”: na zielonej powierzchni morza zjawiały się nagle słupy białej mgły przypominające ludzi w całunach, ślizgały się wolno, kołysały się i rozpływały… To z miejsc, gdzie w gęstym dywanie gronorostów znajdowały się „przeręble”, płynęły opary.

Pewnej księżycowej nocy jakiś na wpół zniszczony bryg holenderski zbliżył się do parowca. Pomalowany był na czarno i suto pozłacany. Maszty i część nadbudówek były zwalone, winda kotwiczna — rozbita.

Vivian patrzyła na martwy statek z ciekawością i grozą. Może ich czeka również taka przyszłość; minie dużo czasu i statek ich tak samo unosić się będzie na powierzchni morza, a na pokładzie nie będzie już nikogo. Nagle zawołała do Huttlinga:

— Niech pan popatrzy!



17 из 186