
— Pozwoli pan, że się przedstawimy — powiedział. — Reginald Huttling, miss Vivian Kingman, mister Jim Simpkins, pasażerowie parowca „Beniamin Franklin”, który doznał awarii.
Slayton, nie zwracając uwagi na Huttlinga, wciąż jeszcze przypatrywał się miss Kingman. Wreszcie podszedł do niej, przywitał się grzecznie, po czym lekceważącym gestem podał rękę Huttlingowi i Simpkinsowi i poprosił wszystkich o zajęcie miejsc.
— Tak, wiem — powiedział — wiem.
Huttling zdziwił się ogromnie, kiedy Slayton z całą dokładnością podał miejsce i czas, w którym nastąpiła awaria „Beniamina Franklina”. Przecież nie wspominali o tym wyspiarzom.
Slayton zwracał się w rozmowie prawie wyłącznie do miss Kingman.
— Skoro zrządzenie losu sprowadziło panią na tę smutną wyspę, to my, jej mieszkańcy, winniśmy błogosławić los za tak piękny dar — zdobył się na ciężkawy komplement, nie uśmiechnąwszy się nawet przy tym.
— Ja nie jestem bynajmniej wdzięczna losowi za to — odparła miss Kingman.
— To się jeszcze okaże — rzekł zagadkowo Slayton. — Życie nie jest tu takie złe, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Czy pani gra na fortepianie? Śpiewa pani może?
— Tak…
— Doskonale. Znakomicie. Znajdzie tu pani świetny fortepian Erarda i bogatą bibliotekę nutową. Książek też jest sporo. Wśród naszych wyspiarzy znajdują się interesujący ludzie. Ot, na przykład, Turnip. Co prawda, zaniedbał się bardzo, ale dużo widział, dużo wie i zajmował kiedyś poważne stanowisko. Teraz jest śmieszny, lecz mimo to interesujący. Następnie Lüders, Niemiec. To nasz historyk i uczony. Studiuje historię budownictwa okrętów, przecież nasza wyspa jest istnym muzeum, nieprawdaż?
— Historię budownictwa okrętowego? To ciekawe — rzekł Huttling.
— Czy to ma jakiś związek z pańską specjalnością? — zapytał Slayton mimochodem, przyglądając się Huttlingowi przymrużonymi oczami.
