
Nie ulegało wątpliwości, że służy komuś za mieszkanie, urządzona była prawie komfortowo. Tylko mieszanina stylów wskazywała na to, że przyniesiono tu najlepsze rzeczy znalezione na statkach, które prąd sprowadził na tę dziwną wyspę.
Na podłodze leżały cenne dywany perskie. Na konsolach stało kilka pięknych waz chińskich. Na ciemnych ścianach z boazerią z czarnego dębu wisiały znakomite obrazy mistrzów holenderskich, hiszpańskich i włoskich: Vélasqueza, Ribery, Rubensa, Tycjana, pejzażysty flamandzkiego Teniersa. Obok tych arcydzieł wisiał zwykły rysunek psa robiącego stójkę. A nieco dalej — piękny obraz japoński wyszywany jedwabiem, przedstawiający żurawia siedzącego na ośnieżonej gałęzi na tle góry Fudżijama.
Na dużym okrągłym stole stały stare kryształowe wazy weneckie z szesnastego wieku, brązowe francuskie kandelabry z epoki Dyrektoriatu i kilka rzadkich okazów różowych muszel. Ciężkie rzeźbione meble, fotele pokryte skórą świńską ze złotymi obwódkami, dodawały powagi kajucie.
„Gubernator” wyspy, kapitan Fergus Slayton, stał oparty o szafę biblioteczną.
Kapitan różnił się bardzo od pozostałych mieszkańców wyspy. Był dobrze zbudowany, miał wypielęgnowaną, gładko ogoloną twarz, a ubrany był w zupełnie przyzwoity mundur kapitański. Lecz nieco spłaszczony nos, ciężki podbródek i zmysłowe usta wywierały niemiłe wrażenie.
Slayton zmierzył przybyszów zimnym spojrzeniem szarych oczu. Patrzył spokojnie, bez słowa, jakby usiłując zbadać, kim są. Widać było, że coś rozważa. Było to spojrzenie człowieka przyzwyczajonego do decydowania o losach ludzi, bez względu na ich własne pragnienia i potrzeby. Prześliznąwszy się oczami po Simpkinsie, widocznie nie uważając go za osobę godną Uwagi, Slayton długo przyglądał się miss Kingman, następnie przeniósł spojrzenie na Huttlinga, po czym powrócił do miss Kingman…
Te milczące oględziny wprawiły Vivian w zakłopotanie i rozgniewały Huttlinga.
