
— Tak pan uważa? Ten łańcuszek jeszcze pana nie przekonał? — I detektyw dotknął lekkiego, lecz mocnego łańcucha, którym Huttling był przykuty za lewą rękę do metalowego łóżka.
— Pan jest naiwny jak wielu genialnych ludzi. Czy łańcuchy stanowią dowód logiczny? Zresztą, nie będziemy się wdawać w filozoficzne rozważania.
— I wrócimy do gry. Żądam rewanżu — zakończył Simpkins.
— Wątpię, czy się nam uda. Chwiejba jest coraz silniejsza i może nam pomieszać figury, zanim skończymy partię.
— Czy mam to rozumieć również w sensie przenośnym? — zapytał Simpkins, ustawiając figury.
— Jak pan sobie życzy.
— Tak, kołysze mocno — i Simpkins zrobił pierwszy ruch.
W kajucie było duszno i gorąco. Znajdowała się poniżej linii zanurzenia, w pobliżu maszynowni, która jak potężne serce wstrząsała ścianami pobliskich pomieszczeń i napełniała je rytmicznym łoskotem. Gracze zamilkli usiłując utrzymać deskę z szachami w równowadze.
Burza przybierała na sile. Statek kołysał się coraz bardziej. Kładł się na lewy bok i podnosił się powoli. Znów… i jeszcze raz… Jak pijany…
Szachy rozleciały się. Simpkins upadł na podłogę. Huttlinga zatrzymał łańcuch, który boleśnie szarpnął go za rękę w przegubie, na którym znajdowała się „bransoleta”.
Simpkins zaklął i usiadł na podłodze.
— Tu jest trochę pewniej. Wie pan, panie Huttling, niedobrze mi jest… coś jakby… choroba morska. Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z takim piekielnym kołysaniem. Położę się… Ale pan nie ucieknie, jeżeli ze mną będzie kiepsko?
— Na pewno — odparł Huttling, kładąc się na łóżku. — Rozerwę łańcuszek i ucieknę… rzucę się w fale. Wole towarzystwo rekinów…
— Pan żartuje, panie Huttling — Simpkins poczołgał się do łóżka i położył się jęcząc.
Nie zdążył się jeszcze wyciągnąć, kiedy ponownie spadł zrzucony przez straszne pchnięcie, które wstrząsnęło całym parowcem. Gdzieś zatrzeszczało, zadzwoniło, szumiało i huczało. Na górze rozległy się okrzyki, tupot nóg i nagle zagłuszając cały harmider zawyła syrena, dając sygnał: „Wszyscy na pokład!”
