Simpkins, pokonując zmęczenie i osłabienie, czepiając się ścian kajuty, ruszył do drzwi. Był śmiertelnie przerażony, lecz przed towarzyszem podróży udawał spokój.

— Huttling! Tam się coś stało! Idę zobaczyć. Przepraszam, ale muszę zamknąć pana! — krzyknął.

Huttling popatrzył z pogardą na detektywa i nic nie odpowiedział.

Kołysanie trwało dalej, lecz teraz można było spostrzec, że statek powoli zanurza się dziobem.

Po kilku minutach Simpkins stanął we drzwiach. Z jego nieprzemakalnego płaszcza spływały potoki wody. Twarz detektywa wykrzywiło przerażenie, którego już nie próbował ukrywać.

— Katastrofa… Toniemy… Statek został przedziurawiony… Chociaż nikt nic dokładnie nie wie… Przygotowują łodzie… Kazano włożyć pasy ratunkowe… Ale jeszcze nikogo nie wpuszczają do łodzi… Mówią, że statek ma jakieś grodzie i może nie utonie, jeśli tam zrobią coś takiego, diabli wiedzą co… Pasażerowie biją się z marynarzami, którzy odpędzają ich od łodzi… Ale co mam robić, co ja mam robić? — krzyknął z taką miną, jak gdyby Huttling był winny jego wszystkich nieszczęść… — Co ja mam robić? Ratować się na własną rękę i śledzić pana? Możemy się znaleźć w różnych łodziach i pan mi chyba ucieknie.

— A to pana nie uspokaja? — zapytał drwiąco Huttling wskazując na łańcuch, którym był przykuty do łóżka.

— Przecież, do stu diabłów, nie mogę tutaj zostać z panem!

— Słowem, chce pan uratować siebie, mnie i dziesięć tysięcy dolarów nagrody. Bardzo panu współczuję w tej ciężkiej sytuacji, ale nie mogę panu pomóc.

— Może pan, może pan… Proszę posłuchać, mój drogi — i głos Simpkinsa zabrzmiał przymilnie. Detektyw skurczył się, jak żebrak proszący o jałmużnę — niech mi pan da słowo… niech pan tylko przyrzeknie, że nie ucieknie mi pan na lądzie, a natychmiast zdejmę kajdanki… proszę tylko dać słowo. Ja panu ufam.



6 из 186