
Myśli kłębiły mi się w głowie. Weź się w garść! Nie ma powodu do nerwów. Taka jest wola boża. A poza tym, czyż dzisiaj wieczór nie wylosowałam z kapelusza imienia tego mężczyzny? No dobra, naprawdę to była miska, ale i tak jest to zrządzenie niebios. W porządku, prawda wygląda tak, że trochę oszukiwałam, podglądając w trakcie losowania. Przecież, u licha, czasem trzeba pomóc losowi. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli mogłabym polegać na przychylności losu, to nie musiałabym wykonać tego głupiego telefonu, nieprawdaż?
Poza tym mam parę asów w rękawie. Jestem dobrze przygotowana do swojego zadania. Sukienka pożeraczki męskich serc, krótka i czarna. Szpilki z paskiem wokół kostki. Błyszcząca czerwona szminka. Paczka prezerwatyw ukryta w szufladzie na swetry. Naładowana broń pod ręką, w misce z ciastkami. Stephanie Plum, kobieta z misją. Dać mu nauczkę, żywemu lub martwemu.
Przed chwilą usłyszałam otwierające się drzwi od windy, a potem kroki w holu. Ktoś zatrzymał się przed drzwiami mojego mieszkania. Wiedziałam, że to on, ponieważ moje sutki nabrzmiały.
Zapukał i stanął jak sparaliżowany, gapiąc się na zamek w drzwiach. Zapukał po raz drugi, otworzyłam mu i zrobiłam krok do tyłu. Nasze oczy spotkały się. W przeciwieństwie do mnie nie zdradzał żadnych objawów zdenerwowania. Być może ciekawość. I pożądanie. Silne pożądanie. Morze pożądania.
· Jak się masz – powiedziałam.
Wszedł do przedpokoju, zamknął drzwi i przekręcił zamek. Oddychał głęboko i jednostajnie, miał ciemne oczy i poważny wyraz twarzy. Przyglądał mi się uważnie.
· Ładna kiecka – powiedział. – Zdejmij ją.
· Może najpierw napijemy się wina – zaproponowałam. Zwlekać! – myślałam. Upić go! Wtedy, jeśli mi się nie uda, może nic nie będzie pamiętał.
Powoli pokręcił głową.
· Nie sądzę.
· Kanapkę?
· Później. Znacznie później. Zaczęłam sobie łamać głowę. Uśmiechnął się.
