Troxxtowie zaatakowali jednocześnie trzema czarnymi statkami cylindrycznego kształtu: jednym na półkuli południowej, zaś dwoma na północnej. Z ich niewielkich statków buchały ogromne jęzory zielonych płomieni, a wszystko, czego dotknęły, zmieniało się w szklisty, przezroczysty piasek. Żaden Dendi jednak nie ucierpiał, a z każdej dymiącej obecnie armatogóry dobywały się smugi szkarłatnych chmur, zaciekle prześladujących Troxxtów, póki nie utraciły szybkości i z powrotem nie opadły na Ziemię.

Tu wywołały smutne następstwa. Każdy zaludniony obszar, na który opadły bladoróżowe chmurki, przemieniał się gwałtownie w cmentarzysko, i to cmentarzysko, żeby powiedzieć prawdę, zalatujące bardziej odorami kuchni niż grobu. Mieszkańcy tych nieszczęsnych miejscowości padli ofiarą szalonego wzrostu temperatury. Skóra ich czerwieniała, a potem czerniała; włosy i paznokcie kurczyły się, a ciało, zmieniane w płyn, odgotowywało się od kości. Wszystko to razem spowodowało przykrą śmierć jednej dziesiątej rasy ludzkiej.

Jedyną pociechą było ujęcie czarnego cylindra przez którąś z czerwonych chmur. Gdy w skutek tego rozżarzył się do białości, opadając w dół w postaci metalicznego gradu, statki atakujące półkulę pomocną wycofały się na asteroidy, dokąd Dendiowie — ze względu na szczupłą swą liczbę — stanowczo nie chcieli ich ścigać.

W ciągu następnej doby obcy — powiedzmy: na stałe zamieszkali obcy — odbyli konferencję, a nam wyrazili współczucie. Ludzkość grzebała swych zmarłych. Ten ostatni zwyczaj był jednym z ciekawszych, jakie zachowali nasi praojcowie; nie trzeba dodawać, iż nie utrzymał się w czasach nowoczesnych.

Gdy powrócili Troxxtowie, człowiek był gotów na ich spotkanie. Nie mógł niestety, wbrew swym najgorętszym pragnieniom, stawić im czoła; mógł jednak stanąć i stawać przed szkłami instrumentów optycznych i trybunami mówców.



12 из 21