
Substancja ta, nazywana przez obcych lendi, stała się wkrótce przedmiotem szalonego zapotrzebowania w gospodarce, zakłóconej przez ciągłe ewakuacje najważniejszych ośrodków przemysłowych.
Gdziekolwiek więc pojawili się obcy poza obrębem swoich baterii, otaczały ich tłumy obszarpańców ludzkich wykrzykujących:„Trochę lendi, Dendi?” Wszelkie próby ze strony czynników sądowych i policyjnych planety, by położyć kres tej haniebnej powszechnej żebraninie, okazały się płonne. Zwłaszcza że sami Dendiowie znajdowali jakąś niewytłumaczalną przyjemność w rozrzucaniu małych kawałków lendi wrzeszczącemu tłumowi. Kiedy wreszcie żołnierze i policjanci zaczęli coraz liczniej brać udział w bójkach o kawałki lendi, rządy musiały dać za wygraną.
Ludzkość niemal z niecierpliwością czekała teraz na atak, aby uwolnił ją z tego przykrego poczucia jej oczywistej niższości Niektórzy zaś bardziej fanatyczni konserwatyści spośród naszych przodków zaczęli, jak się zdaje, nawet żałować swego wyzwolenia.
Żałowali go, dzieci, żałowali! Możemy tylko wierzyć, że ci troglodyci zostali jako jedni z pierwszych stopieni i wyparowani przez czerwone kule ogniste. Nie można przecież cofać koła historii!
Na dwa dni przed końcem września obcy ogłosili, że wykryli jakieś działania na jednym z księżyców Saturna. Nikczemni Troxxtowie najwidoczniej usiłowali przedostać się podstępem do wnętrza układu słonecznego. Dendiowie ostrzegli, że zważywszy zdradzieckie i oszukańcze skłonności Troxxtów, każdej chwili spodziewać się można ataku ze strony owych robakokształtnych potworów.
Mało kto z ludzi położył się spać, gdy zapadła noc. Wszystkie oczy były skierowane na niebo, dokładnie oczyszczone z chmur przez czujnych Dendiów. W niektórych punktach planety handlowano na gwałt tanimi lunetami i kawałkami zadymionego szkła. W innych zaś ogromnie poszły w cenie talizmany i wszelkiego rodzaju amulety.
