
Lorenzo objął narzeczoną i namiętnie pocałował.
– Czas bardzo mi się dłużył, kochanie.
– Tak, tak – odparła, odwzajemniając pocałunki.
Zdumiewające, jak bardzo pewnie się tu poczuła. Już w kilka chwil po wylądowaniu na Sycylii Heather wiedziała, że jest w domu, a to mogło jedynie oznaczać, że dokonała słusznego wyboru, decydując się na ślub z Lorenzem.
– Bernardo, mój brat – powiedział wreszcie jej narzeczony, wskazując na towarzyszącego mu mężczyznę.
– Przyrodni – mruknął tamten.
– Bernardo, poznaj Heather, moją przyszłą oblubienicę.
Gdy przedstawiła braciom Angie, Bernardo z uśmiechem machnął ręką.
– Już się poznaliśmy – wyjaśnił – kiedy wy, hm… mówiliście sobie dzień dobry.
Wywołało to gromki śmiech. Bernardo wziął wózek z bagażami i poprowadził ich w stronę samochodu, gdzie poprosił Angie, by usiadła obok niego na przednim siedzeniu.
– Pewnie wolą, by im nie przeszkadzać – powiedział z uśmiechem.
Nadmiar wrażeń sprawił, że Heather zapamiętała jedynie niezwykłe barwy, idealnie błękitne niebo i przejrzyste powietrze. Bernardo ruszył wzdłuż wybrzeża. Wkrótce pojawiła się Residenza Martelli.
Heather przyglądała się jej z zachwytem. Lorenzo opowiadał jej o domu, o tym, że został zbudowany na zboczu góry z widokiem na morze, ale nie rzekł ani słowa, jaki był piękny. Wyrastał przed nimi stopniowo, piętro po piętrze, balkon po balkonie, a wszystko tonęło w kwiatach. Geranium, jaśmin, białe i czerwone oleandry, powoje, wszystkie kwiaty splatały się w oszołamiającą gamę kolorów, która jednak tworzyła idealną wprost harmonię.
Jechali krętą drogą, która to oddalała się, to przybliżała do domu, aż wreszcie dotarli do podjazdu. Szerokie stopnie wiodły do zwieńczonego łukiem wejścia z otwartymi na oścież drzwiami. Pojawiła się w nich drobna, starsza kobieta, która szła wolno, podpierając się laseczką. Zatrzymała się na szczycie schodów.
