
– Rozmawiałem z pewną kobietą. Widziała młodego mężczyznę, który wsiadł do taksówki. Opis pasował, ale mógł to być ktokolwiek…
– Na pewno tak – przerwał mu Renato. – Fałszywy alarm. Lorenzo zjawi się za minutkę.
Jednak pod stanowczym tonem Heather usłyszała nutkę niepewności, a Bernardo unikał jej wzroku.
Wszystko straciło sens. Miała wrażenie, że wzniosła się w górę i beznamiętnie obserwuje przerażoną kobietę w sukni ślubnej. Zupełnie jakby była kimś innym.
– Co się stało? Gdzie jest Lorenzo?
Niepostrzeżenie nadeszła Baptista. Drobna, władcza osóbka, prowadzona przez Enrica, przyglądała się im badawczo.
– Gdzie jest Lorenzo? – powtórzyła.
Przez krótką, straszną chwilę nikt nie wiedział, co jej odpowiedzieć.
Na zewnątrz zrobiło się małe zamieszanie i do katedry wbiegł szesnastoletni chłopak, który gwałtownie zatrzymał się na ich widok, wcisnął kartkę papieru w bukiet panny młodej i uciekł, jakby go goniły diabły.
Heather znów uniosła się w górę i obserwowała, jak panna młoda bierze kartkę i zaczyna czytać nabazgrane ołówkiem słowa. Koślawe litery wskazywały, że autor bardzo się spieszył lub był wzburzony.
Moja najdroższa Heather!
Wybacz mi. Nie postąpiłbym w ten sposób, gdybym miał inne wyjść, lecz Renato tak nalegał na ten ślub, że sam już nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.
Kocham cię i myślę, że wszystko ułożyłoby się samo między nami, i z czasem pewnie pobralibyśmy się. Przecież łączył nas uroczy romans. Gdyby tylko na tym można było poprzestać! Ale Renato dopadł nas w Londynie. Takie rozwiązanie bardzo mu odpowiadało, resztę już znasz.
On został ranny, a ty go uratowałaś. Wydawałaś mi się tak wspaniała owej nocy, że przestałem się bać ożenku. Wszystko zostało zaaranżowane i zanim się zorientowałem, zostałem wyznaczony ma męża, nie używszy dostatecznie życia.
