
Heather ostrożnie wsiadła do limuzyny. Angie ułożyła na siedzeniu tren i welon, a sama zajęła miejsce obok przyjaciółki. Ruszyli, gdy dołączył do nich Renato.
Patrzyła przez okno na odległe Palermo, usiłując uprzytomnić sobie, co się z nią dzieje. Renato milczał. Wydawało się jej, że też jest zamyślony, lecz gdy odwróciła się w jego stronę, ujrzała, że patrzy na nią. Był równie oszołomiony, jak poprzednio.
Wjechali do miasta, samochód zatrzymał się pod wielką katedrą.
Heather stała w ostrym słońcu, czekając, aż Angie poprawi na niej suknię i zajmie miejsce obok. Zebrał się mały tłumek gapiów, ludzie z przyjemnością patrzyli na pannę młodą. Heather usłyszała szepty: „Grazziusu". Piękna.
– Gotowa? – Renato przyjrzał się jej.
– Prawie.
– Nie wahasz się?
– Czemu pytasz?
– Nie wiem – burknął. – Chodźmy. Wzięła go pod rękę i ruszyli do świątyni.
Wewnątrz było mroczno i dopiero po chwili Heather ujrzała wspaniałe wnętrze pełne spoglądających w jej stronę gości. Dalej stał chór, a przy ołtarzu czekał arcybiskup, by udzielić ślubu jej i Lorenzowi.
W górze zagrzmiały organy. Wzięła głęboki wdech, silniej ścisnęła rękę Renata i przygotowała się do zrobienia pierwszego kroku.
– Czekaj – szepnął Renato.
Dostrzegła Bernarda spieszącego ku nim od ołtarza. Minę miał zmartwioną.
– Jeszcze nie – wydusił. – Nie ma Lorenza.
– Jak to? – zdumiał się Renato. – Przecież wyjechaliście z domu razem.
– Tak, ale się wymknął. Powiedział, że musi zamienić z kimś słówko, a gdy zacząłem go szukać, okazało się, że po prostu się rozpłynął… chyba że…
– Że co? – naciskał Renato, bowiem Bernardo wyraźnie nie miał ochoty mówić dalej.
