Pomieszczenie to służyło mi za salon, sypialnię, kuchnię, łazienkę, garderobę i pralnię. Wszystko, co mam, jest wielozadaniowe i zminiaturyzowane. Mam kombinowaną lodówkę, zlew, piecyk, lilipucią zmywarko-suszarkę, sofę, która zmienia się w łóżko – choć rozkładaniem jej rzadko zawracam sobie głowę, oraz biurko, służące czasem za stół obiadowy. Życie podporządkowuję pracy i moja przestrzeń mieszkalna kurczyła się z każdym rokiem, aż przybrała tę miniaturową postać. Przez pewien okres mieszkałam w przyczepie kempingowej, ale jej przestronność zaczęła mnie przytłaczać. Często przebywam za miastem i nie mam ochoty wydawać pieniędzy na lokal, którego nie używam. Możliwe, że pewnego dnia zredukuję osobiste wymagania do śpiwora, który mogę wcisnąć na tylne siedzenie samochodu, co całkowicie rozwiąże problem czynszu. Jak do tej pory, moje potrzeby są ograniczone. Nie trzymam zwierząt ani kwiatów. Spotykam się z przyjaciółmi, ale nie goszczę ich u siebie. W zasadzie interesuje mnie tylko mycie mojego samochodu z półautomatyczną skrzynią biegów i wertowanie dokumentów ze śledztwa. Nie śpię na pieniądzach, ale opłacam swoje rachunki, co nieco odkładam na czarną godzinę, nie zapominając też o ubezpieczeniu zdrowotnym, nieodzownym w ryzykownej profesji, jaką się param. Podoba mi się moje życie takie, jakie jest, choć staram się tym zbytnio nie przechwalać. Co sześć lub osiem miesięcy wpadam na faceta, który rozpala mnie do czerwoności, ale pomiędzy tymi eskapadami żyję w celibacie, co w moim przekonaniu nie zasługuje na wzgardę. Po dwóch nieudanych małżeństwach staram się trzymać gardę wysoko, to samo zresztą dotyczy majtek.

Moje mieszkanie znajduje się przy skromnej, ocienionej szpalerem palm ulicy, od plaży dzieli go jedna przecznica. Wynajmuję je od niejakiego Henry’ego Pittsa, który mieszka w głównym budynku posiadłości. Henry ma osiemdziesiąt jeden lat, jest emerytowanym piekarzem, dorabiającym dzięki pieczeniu chlebów i ciastek, które wymienia z miejscowymi handlarzami na dobra i usługi.



12 из 222