
To dziecko działało mi na nerwy. Dziewczyna nie była dość bystra lub dość szybka, aby udało jej się doszczętnie zepsuć atmosferę; przypominało to wysiłek komika, przedstawiającego solo drugorzędne gagi.
Bobby uciął gładko:
– Doktor Kleinert jest na dole.
– Ach, doktor Destructo. Co o nim myślisz? – Zaciągnęła się papierosem z udawaną nonszalancją, lecz wyczułam, że zależy jej na odpowiedzi.
– Nie rozmawiałam z nim – odparłam. – Bobby chciał, żebym najpierw poznała ciebie.
Gapiła się na mnie, a ja na nią. Przypomniałam sobie, że tę samą taktykę obierałam w starciach z moim śmiertelnym wrogiem w szóstej klasie, Tommym Jancko. Już nie pamiętam, z jakiej przyczyny tak się nie znosiliśmy, lecz zmagania na spojrzenia z pewnością należały do naszych ulubionych potyczek.
Przerzuciła wzrok na Bobby’ego.
– Chce mnie umieścić w szpitalu. Mówiłam ci?
– Idziesz do szpitala?
– Hej, nie ma mowy! By wbijali mi te wszystkie igły? O, nie. Dzięki. Nie jestem zainteresowana. – Zakołysała długimi nogami nad łóżkiem i wstała. Przeszła wzdłuż pokoju do niskiej toaletki z umieszczonym nad nią lusterkiem w pozłacanej ramce. Studiowała swą twarz, by w końcu spojrzeć na mnie. – Sądzisz, że jestem szczupła?
– Bardzo.
– Naprawdę? – Chyba fascynowała ją ta myśl. Odwróciła się nieznacznie, a następnie znowu zaczęła bacznie obserwować swą twarz, z namaszczeniem zaciągając się dymem papierosa. Wzruszyła zdawkowo ramionami. Dla niej wszystko wyglądało jak należy.
– Czy możemy porozmawiać o tej próbie zabójstwa? – spytałam.
Poczłapała z powrotem do łóżka, na którym przybrała poprzednią pozycję.
– Z kimś ma na pieńku. To pewne – stwierdziła. Ziewając, zdusiła papierosa.
