
Popatrzyła na mnie oczami szklistymi od łez. Złożone dłonie przycisnęła do warg.
– Myślałam, że nie żyje. Myślałam, że przyszli mi oznajmić, że umarł. Poczułam mroźne ukłucie, jakby dźgnięto mnie soplem. Mróz z serca rozprzestrzenił się po całym ciele i zaczęłam szczękać zębami. Syn był wtedy u Świętego Terry’ego. W tamtej chwili nic nie wiedzieliśmy prócz tego, że uniknął śmierci, o włos. Gdy przywieźli go do szpitala, lekarze nie kryli, że nie ma dla niego nadziei. Żadnej. Powiedzieli, że doznał rozległych obrażeń, uszkodzenia mózgu i ma wiele, wiele połamanych kości. Powiedzieli, że nigdy z tego nie wyjdzie, że jeśli przeżyje, zamieni się w warzywo. Umierałam. Umierałam razem z Bobbym; trwało to wiele dni. Ani na krok go nie opuściłam. Ogarnęło mnie szaleństwo, na każdego wrzeszczałam, na pielęgniarki, na lekarzy…
Jej spojrzenie straciło blask i podniosła palec, niczym nauczyciel, chcący zwrócić na coś uwagę uczniów.
– Powiem pani, czego się nauczyłam – kontynuowała spokojnie. – Zrozumiałam, że nie można kupić życia Bobby’ego. Za pieniądze nie można kupić życia, choć wszystko inne tak. Nigdy nie używałam w ten sposób pieniędzy, co dziś wydaje mi się dziwne. Rodzice mieli pieniądze. Rodzice rodziców mieli pieniądze. Zawsze znałam potęgę pieniędzy. Miał wszystko, co najlepsze. Najlepsze! Niczego mu nie brakło. I wyszedł z tego. Po tym wszystkim nie mogę znieść myśli, że ktoś mógł to zrobić z premedytacją. Życie Bobby’ego, jego zamiary i cele, wszystko legło w gruzach. Po skończonej kuracji znajdziemy jakiś sposób, by mógł żyć produktywnie, lecz tylko dlatego, że mamy na to środki. Całości strat nie da się oszacować. To cud, że zniósł to wszystko.
– Czy ma pani jakąś teorię dotyczącą powodów, dla których ktoś mógłby pragnąć jego śmierci?
Potrząsnęła głową.
– Wspomniała pani, że Bobby ma swoje pieniądze. Kto po nim dziedziczy?
