
Lunch zjedliśmy w barze ze zdrową żywnością, jednym z tych miejsc, gdzie specjalizują się w zgrabnych imitacjach pasztecików, które nigdy nikogo nie wprowadzają w błąd. Sama nie bardzo rozumiem, jaki to ma sens. Wydaje mi się, że wegetarianin poczułby odrazę na sam widok czegoś, co przypomina mielone części krowy. Bobby zamówił burrito z serem i fasolą o rozmiarach zwiniętego ręcznika kąpielowego, polane sosem z awokado, pomidorów i majonezu oraz kwaśną śmietaną. Ja wybrałam podsmażane jarzyny z brązowym ryżem i kieliszkiem białego wina jakiejś bliżej nieokreślonej marki.
Dla Bobby’ego jedzenie wiązało się z wysiłkiem porównywalnym z ćwiczeniami, lecz skupienie, z jakim oddawał się tej czynności, pozwoliło mi na przestudiowanie dalszych szczegółów jego fizjonomii. Zmierzwione włosy wyblakły na słońcu, brązowe oczy ocieniały takie rzęsy, jakie większość kobiet musi kupować. Lewa część jego twarzy nie poruszała się, na silnym podbródku widniała szrama, przywodząca na myśl wschodzący księżyc. Domyślałam się, że podczas tego fatalnego upadku do wąwozu zęby przebiły mu dolną wargę. Jak on to wszystko przeżył?
Zerknął znad talerza. Wiedział, że mu się przyglądam, ale nie miał nic przeciwko temu.
– Masz szczęście, że żyjesz – powiedziałam.
– Najgorsze dopiero ci powiem. Wiesz, spore kawałki mojego mózgu przepadły. – Znów przeciągał dziwnie wyrazy, jakby sam ten temat wpływał na jego głos. – Dwa tygodnie przeleżałem w śpiączce, a po przebudzeniu nie wiedziałem, co się, do cholery, dzieje. Ciągle jeszcze nie wiem. Ale pamiętam, jaki byłem dawniej, i to naprawdę boli. Byłem bystry, Kinsey. Dużo wiedziałem. Potrafiłem się skoncentrować i miewałem pomysły. Mój umysł mógł wykonywać takie magiczne przeskoki. Wiesz, co mam na myśli?
Skinęłam głową. Wiedziałam co nieco o umysłach zdolnych do magicznych przeskoków.
– A teraz tylko luki i wolne przestrzenie – ciągnął. – Dziury.
