
– Jesteś pewna? – zapytał Latham.
– Czemu mnie w kółko pytacie, czy jestem pewna? Wiecie, jak tu jest na cyplu; ta cisza, ta pustka i tajemniczość, te niosące się po nocy dźwięki. Mówię przecież, że słyszałam, jak dzwoni telefon!
Zamilkli. Oczywiście, miała rację. Wiedzieli, jak jest w nocy na cyplu. I ta sama cisza, ta sama pustka i tajemnica czekały na nich teraz na zewnątrz. Mimo panującego w pokoju gorąca, Celia Calthrop zadrżała. A gorąco stawało się już nie do zniesienia.
Bryce, który przycupnął na niskim stołeczku przy ogniu, odruchowo karmił go polanami z koszyka niczym jakiś demoniczny palacz. Ogromne, syczące języki ognia oplatały wilgotne drewno; kamienne ściany pokoju wyglądały jak zlane krwawym potem. Dalgliesh podszedł do jednego z okien i po krótkim zmaganiu otworzył okiennice. Do pokoju wtargnęły fale słodkiego, chłodnego powietrza, które poruszyły dywanikami na podłodze, przynosząc ze sobą podobny do grzmotu huk morza. Gdy odwracał się w stronę pokoju usłyszał, jak Reckless mówi swym płaskim, pozbawionym emfazy głosem:
– Proponuję, by ktoś odwiózł pannę Kedge do domu. Nie wygląda najlepiej. Nie będę z nią dzisiaj rozmawiał.
Dziewczyna spojrzała nań, jakby chcąc zaprzeczyć, ale Elizabeth Marley stanowczo oznajmiła:
– Ja ją zabiorę. Sama też chcę już jechać. Podobno jestem rekonwalescentką, a to raczej nie był kojący wieczór, prawda? Gdzie jest jej płaszcz?
Nastąpiło małe zamieszanie. Wszyscy zdawali się znajdować ulgę w jakimś działaniu i rzucili się na poszukiwanie płaszcza Sylvii, jej kuł i torby. Panna Calthrop oddała kluczyki od samochodu i oznajmiła łaskawie, że pójdzie do domu na piechotę, rzecz jasna pod eskortą Olivera i Justina. Sylvia, otoczona gromadką pomocników, ruszyła kuśtykając w stronę drzwi.
Właśnie wtedy zadzwonił telefon; zebrani, rażeni przestrachem, stanęli jak wryci. Przenikliwy dźwięk, tak zwyczajny, a jednak tak złowrogi, sprawił, że zamilkli. Panna Dalgliesh podeszła do aparatu i podniosła słuchawkę, ale Reckless szybko wstał i bez słowa przeprosin wyjął ją z jej ręki.
