
Z początku Jane Dalgliesh wykluczana była z tych spotkań; nie dlatego, że nie twierdziła, iż jest pisarką, lecz dlatego, że jako samotna, starzejąca się panna, czyli osoba towarzysko i seksualnie bezwartościowa, na skali wartości Celii Calthrop zajmowała ostatnie miejsce, zasługując jedynie na zdawkową, podszytą litością uprzejmość. Ale później panna Calthrop odkryła, że jej sąsiadka uważana jest za osobę wybitną przez osoby, których zdanie się liczyło, co więcej, że ludzie, których spotykało się beztrosko maszerujących z nią wzdłuż brzegu, sami są wybitni. Dalsze odkrycia były jeszcze bardziej zdumiewające. Okazało się, że Jane Dalgliesh jada kolacje z R.B. Sinclairem w Priory House. Nie wszyscy wielbiciele jego trzech powieści, z których ostatnią napisał przeszło trzydzieści lat temu, zdawali sobie sprawę z tego, że pisarz jeszcze żyje, z tych zaś tylko niewielka garstka bywała zapraszana przezeń na kolacje. Panna Calthrop, która nie należała do osób długo trwających w błędzie, zaczęła zatem mówić do panny Dalgliesh „droga Jane”, pozostając wszakże „panną Calthrop” dla swej rozmówczyni, równie nieświadomej obecnych łask jak wcześniejszej pogardy. Dalgliesh nie wiedział, co jego ciotka naprawdę myśli o Celii; niechętnie mówiła o swoich sąsiadach, a razem widywał je zbyt rzadko, aby wyrobić sobie na ten temat własne zdanie.
Polna droga biegnąca przez cypel Monksmere w kierunku Pentlands zaczynała się około pięćdziesięciu metrów za Rosemary Cottage. Prowadzące na nią drewniane wrota, zwykle zamknięte, tym razem stały otworem, a ich ciężkie skrzydło wbiło się mocno w wysokie jeżyny i czarny bez żywopłotu. Samochód, podskakując, wolno przetoczył się po wybojach i minąwszy bliźniacze kamienne domki należące do Lathama i Justina Bryce’a, wjechał na porośnięty trawą trakt. Żadnego z mężczyzn nie było widać, aczkolwiek samochód Lathama stał na jego podwórku, a z komina domku Bryce’a leniwie snuła się smużka dymu.