
Gdy Rosemary Cottage wyłonił się zza zakrętu, Dalgliesh przyspieszył. Nie miał wielkich nadziei na to, że minie ten domek nie zauważony, ale przynajmniej mógł rozwinąć szybkość, przy której niezatrzymanie się było usprawiedliwione. Kątem oka dostrzegł twarz w oknie na piętrze; no cóż, należało się tego spodziewać. Celia Calthrop samozwańczo uznała się za dziekana małej społeczności na Monksmere, a tym samym przyznała sobie pewne prawa i obowiązki, jeśli więc nierozważni sąsiedzi nie chcieli informować jej o przyjazdach i wyjazdach swoich gości, była zmuszona dowiadywać się sama. Pomagało jej w tym wydatnie dobre ucho oraz położenie jej domku przy skrzyżowaniu polnej drogi prowadzącej w poprzek cypla z szosą z Dunwich.
Panna Calthrop nabyła stodołę Brodiego dwanaście lat temu i nadała jej nazwę Rosemary Cottage. Kupiła ją tanio, a następnie tak długo stosowała wobec miejscowej siły roboczej łagodny, lecz nieustający terror, aż przekształciła ją, równie tanio, z miłego, acz zaniedbanego kamiennego budynku w romantyczny ideał swych czytelniczek. W pismach kobiecych pisano o nim często jako o „rozkosznej rezydencji Celii Calthrop, gdzie w wiejskim zaciszu tworzy swe rozkoszne romanse, które tak uwielbiają nasze czytelniczki”. Aczkolwiek pretensjonalny i zupełnie pozbawiony smaku, Rosemary Cottage był wewnątrz bardzo wygodny, na zewnątrz zaś posiadał wszystko, co zdaniem jego właścicielki domek na wsi winien był posiadać: dach kryty strzechą (której utrzymanie i ubezpieczenie pochłaniało gorszące sumy), ogród ziół (dość posępny; panna Calthrop „nie miała ręki” do roślin); mały sztuczny staw (latem wydzielający odrażające wonie) oraz gołębnik (w którym jednakże gołębie za nic nie chciały siadywać). Przed domkiem rozciągał się gładki trawnik, na którym społeczność pisarska – własne sformułowanie Celii – pijała latem herbatę.
