
– Cześć, Kathy – rzuciła Sophie, kierując się w stronę windy.
– Do zobaczenia!
– Wolałabym cię nie widywać. W tym miesiącu mam tylko nocne dyżury. Czy wiesz już, skąd biorą się te bezdechy?
– Zamieniam jej jeden z leków. W wieku Elspeth można właściwie działać tylko metodą prób i błędów. – Drzwi do windy otworzyły się i Sophie weszła do środka. – Dopóki z tego nie wyrośnie, musimy ją obserwować.
Kiedy drzwi się zamknęły, oparła się o ścianę windy i zam¬knęła oczy. Była wykończona. Mogłaby iść do domu i zapom¬nieć o Sanbornie.
Nie bądź tchórzem, przywołała się do porządku. Zdążysz jeszcze pójść do domu.
Kilka minut później otworzyła drzwi swojego samochodu.
Starała się nie patrzeć na tylne siedzenie toyoty, gdzie leżała strzelba. Wcześniej upewniła się, że jest nabita. Ostatecznie nie musiała tego robić, gdyż Jock zawsze sprawdzał broń i nie dopuściłby, żeby ruszyła się gdzieś z nienaładowaną strzelbą. Był przecież profesjonalistą.
Chciałaby móc powiedzieć to samo o sobie. Przez całą noc udawało jej się nie dopuszczać do siebie myśli o Sanbornie, ale teraz cała się trzęsła. Oparła głowę o kierownicę i na kilka chwil zastygła w tej pozycji. Trzeba dać sobie z tym spokój. To normalne, że tak właśnie się czuła. Odebranie komuś życia zawsze jest czymś potwornym. Nawet jeśli chodzi o taką gnidę jak Sanborne.
Wzięła głęboki wdech, podniosła głowę i przekręciła kluczyk w stacyjce.
Sanborne przyjedzie do zakładu o siódmej rano. Musi być tam przed nim.
Uciekać.
Usłyszała za sobą krzyk.
Ześlizgnęła się ze zbocza, upadła, podniosła się i zsunęła nad brzeg jeziora.
Nad głową świsnęła jej kula. "Zatrzymaj się!"
Uciekać. Trzeba biec.
Usłyszała jakieś dźwięki pochodzące z krzaków na szczycie wzgórza.
Ilu ich tam było?
Zanurkowała w krzakach. Samochód zaparkowała jakieś pół kilometra stąd. Przedzierając się przez zarośla może zdoła ich jakoś zgubić.
