
— W takim razie ukradnijmy konia zbójcy — powiedział Maurycy, jakby noc nie mogła się porządnie skończyć, jeżeli czegoś nie ukradną. — Ukradzenie złodziejowi nie jest kradzieżą, bo się kasuje.
— Nie możemy tutaj spędzić całej nocy — tłumaczył chłopiec Ślicznej. — Ma trochę racji.
— Słusznie! — poparł go zbójca gorliwie. — Nie możecie zostać tutaj przez całą noc!
— Słusznie — powiedział chór głosików z okolic jego spodni. — Nie możemy zostać tu przez całą noc!
Maurycy westchnął i znowu wystawił głowę przez okno.
— No dobrze, oto co zrobimy. Będziesz stał nieruchomo, patrząc przed siebie, i ostrzegam, żadnych numerów, bo wystarczy jedno moje słowo…
— Nie mów — poprosił szybciutko zbójca.
— Dobrze — zgodził się Maurycy. — Bierzemy za karę twojego konia, a ty możesz sobie wziąć powóz, ponieważ to będzie kradzież, a tylko złodzieje mają prawo kraść. Czy tak będzie w porządku?
— Cokolwiek powiesz! — wykrzyknął zbójca. — Tylko proszę nic nie mów! — Stał, patrząc prosto przed siebie. Widział, jak chłopiec i kot opuszczają dyliżans. Słyszał za sobą przeróżne dźwięki, kiedy brali konia. I pomyślał o mieczu. Co prawda w rozrachunku miał mu przypaść cały powóz, ale istnieje coś takiego jak duma zawodowa.
— Gotowe — doszedł go po chwili głos kota. — Odjedziemy teraz wszyscy, a ty masz przyrzec, że nie ruszysz się, aż nas nie będzie. Przyrzekasz?
— Macie moje złodziejskie słowo — powiedział zbój, powoli nachylając się w stronę miecza.
Poczuł, że spodnie przestają mu ciążyć — to opuściły je szczury. Chwilę potem usłyszał dzwonienie uprzęży. Odczekał jeszcze moment, obrócił się, wyciągnął miecz i ruszył naprzód.
W każdym razie nieco naprzód. Na pewno nie wyrżnąłby na ziemię jak długi, gdyby ktoś nie związał mu sznurowadeł.
Mówili, że jest zadziwiający. Zadziwiający Maurycy. Nigdy nie myślał o tym, by kogoś zadziwiać. Tak po prostu wyszło.
