
– Hmm – powiedział Holmes, pykając z fajki. – To mi wygląda na robotę psychopaty.
– Dlaczego? – zainteresował się Lestrade.
– To proste, inspektorze. Ofiary dobierane są zupełnie przypadkowo. Nic ich nie łączy.
– Są w podobnym wieku, wszystkie są blondynkami i uprawiają tę samą „profesję” – zauważyłem.
Holmes uśmiechnął się z pobłażaniem.
– Nie są w zbliżonym wieku. Pierwsza miała trzydzieści lat, druga dwadzieścia sześć, a ta dwadzieścia siedem.
– Może kolejna będzie miała dwadzieścia osiem? – zamyślił się Lestrade.
– E, bzdury – powiedział Holmes. – Równie dobrze może wybierać coraz wyższe albo coraz niższe… Zabójca znów nie zostawił żadnych śladów.
– Zaraz, a to odbicie zakrwawionej dłoni na drzwiach domu? – przypomniałem.
– Ach, tak. O ile to dłoń zabójcy.
– A niby czyja? – zdziwił się Lestrade.
– Jakiś przechodzień mógł potknąć się, wpaść w kałużę krwi, a potem ubrudzoną rękę obetrzeć o deski – wyjaśnił Holmes. – Mój drogi Lestrade, pamiętaj o dedukcji. Powinieneś zawsze przewidywać wszelkie możliwe warianty rozwoju sytuacji… Nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Poza tym te straszliwe obrażenia. To na pewno była robota psychopaty.
– Jak na psychopatę, nieźle zna się na anatomii – powiedziałem, świecąc małą, ręczną latarką karbidową do wnętrza opróżnionej jamy brzusznej ofiary. – Chyba brakuje jednej nerki.
– Hmmm – mruknął Holmes. – To by potwierdzało teorię o transplantatorze.
– Jakim plantatorze? – zainteresował się policjant.
– A nic, tak mi się powiedziało – odrzekł mój przyjaciel. – A więc, właściwie nie mamy prawie żadnych śladów.
Popatrzyłem pod nogi.
– Czekajcie – powiedziałem, – zwróćcie uwagę na te plamy. Wyglądają, jakby ktoś wdepnął w kałużę krwi, a potem poszedł w tamtą stronę.
