
Egipski wachman łaził wokoło. Na widok Jakuba przystanął na chwilę zdziwiony, a potem poszedł dalej.
Wędrowycz zaczął okrążać budowlę wypatrując pilnie jakiegoś wejścia. Niebawem znalazł. Wdrapał się po wykonanych na potrzeby turystów schodkach i stanął przed solidną kratą ze sporą kłódką.
– Zamknięte, psiakrew – stwierdził. – Cholera, i na kiego grzyba jechałem taki kawał?
Popatrzył, czy nie widać gdzieś strażnika, ale ten musiał być akurat po innej stronie. Zdjął walonki, wyciągnął z buta brzeszczot, po czym zaczął piłować kłodę. Zgrzał się przy tej robocie bardziej niż podczas wędrówki przez miasto, ściągnął więc waciak i pozostał w swojej kurtce mundurowej SS. Parokrotnie przerywał robotę i rozpłaszczał się na kamieniach, bowiem wachman z karabinem, obchodząc budowlę, co jakiś czas pojawiał się na widoku.
Wreszcie kłódka pękła. Odczepił prymitywny alarm i zagłębił się w trzewia budowli. Pierwszych parę metrów wrednie stromego korytarza przebył w całkowitych ciemnościach, a potem zapalił świecę. W jej świetle spostrzegł wiszące żarówki, ale nie znalazł nigdzie kontaktu, a bał się wracać do wejścia z uwagi na strażnika. Ruszył więc w głąb. Wnętrze piramidy rozczarowało go dokumentnie. Spodziewał się malowideł na ścianach i tekstów hieroglificznych, tymczasem wszędzie napotykał goły mur. Niebawem dotarł do rozgałęzienia. Jeden chodnik prowadził do góry, drugi opadał w dół. Po chwili wahania podreptał do góry. Minął jeszcze jedno rozgałęzienie i znalazł się w komorze grobowej.
– Nu ładno – powiedział sobie. – Ano zobaczymy teraz, jak taki faraon wygląda.
Naszykował na wszelki wypadek osikowy kołek i drut, po czym wspiąwszy się na palce zajrzał do sarkofagu. Był pusty!
Usiadł sobie w kącie komory grobowej i urwawszy piętkę od chleba, posilił się nieco. Popił łykiem bimbru, a potem popatrzył na zegarek. Była dwudziesta trzecia z minutami. Ziewnął.
