
Pierwszą rzeczą, którą Jakub zrobił po wylądowaniu i zejściu na pas startowy, było rozpięcie waciaka. Nikt go wcześniej nie uprzedził.
Osiemdziesiąt lat wcześniej, gdy chodził do szkoły, wbijano mu do głowy, że w Afryce jest gorąco, ale nigdy w to do końca nie uwierzył, a poza tym zdążył zapomnieć. Wyszedł na ulicę i rozejrzał się uważnie. Sądził, iż wprawdzie nastawiali tu chałup od metra, ale piramidy są na tyle duże, że będzie je widać zza domów. Niestety, jak się okazało, przeczucie tym razem zawiodło go.
Zaraz jednak pojawiła się okazja zasięgnięcia języka. Zza rogu wyszedł chłopiec, na oko sądząc tubylec. Na widok Jakuba stanął jak wryty i wytrzeszczył swoje ciemne jak noc oczy.
– Gdzie tu są piramidy? – zagadnął go przyjaźnie egzorcysta.
Oczywiście zapytał po polsku. Chłopiec w odpowiedzi wydał z siebie sporą porcję zupełnie niezrozumiałych dźwięków. Wędrowycz poskrobał się po głowie, a potem powtórzył pytanie po rosyjsku, ukraińsku i w jidysz. Odpowiedź za każdym razem była tak samo niezrozumiała. To zaczynało być denerwujące.
– Piramidy – wrzasnął na araba tracąc resztkę cierpliwości. – Gadaj gdzie są!
Tym razem uzyskał zadowalającą odpowiedź, bo chłopiec przerażony wrzaskami dziwnie ubranego cudzoziemca o płonących gniewem oczach, wskazał ręką kierunek.
– Twoje szczęście – powiedział Jakub. – A teraz zapamiętaj sobie. Jeśli mnie oszukałeś, to wrócę tu, spalę ciebie i twoją rodzinę.
Arab pokiwał głową i zniknął. Jakub szedł i szedł, aż wreszcie z niewielkiego wzniesienia zobaczył, daleko za miastem, trzy zamglone sylwetki.
– Takie małe? – skrzywił się. – Przereklamowane. Zanim dotarł na miejsce było już dość późno. Stragany z pamiątkami pozamykano, wielbłądnicy wrócili do domów.
