
– Aha. Tego właśnie szukałem.
Cofnął się na chwilę do chałupy i zabrał kanister z bimbrem oraz zwitek poplamionych carskich banknotów.
– Pora ruszać w drogę. Odwiedzę dziadka i razem wykończymy Mychajłę Bardaka. Załatwimy go w przeszłości, to w teraźniejszości skasuje wszystkich jego potomków. Nazwę to paradoksem dziadka – powiedział zadowolony.
Przymknął oczy i z ukontentowaniem wyobrażał sobie świat pozbawiony Bardaków. To będzie cudowne… Ustawił pokrętło na jesień 1888 roku i wcisnął czerwony guzik.
Wrażenie rozpadania się na atomy było nawet przyjemne.
Budka telefoniczna z trzaskiem wylądowała na pochyłym dachu. Drzwi otworzyły się automatycznie i Jakub, koziołkując, potoczył się po czerwonych dachówkach. Dopiero niski komin, starannie wymurowany z cegieł, zatrzymał jego upadek. Uderzył całym ciałem, a ściskana w ręku blaszka wpadła w czeluść.
– Cholera! – zaklął egzorcysta.
Klucz kodowy odbił się od wewnętrznej ściany komina, a potem rozległ się chlupot, jakby wpadł do jakiejś cieczy. W tym momencie klapa prowadząca na dach otworzyła się ze zgrzytem. Wędrowycz ukrył się pospiesznie za załomem muru. Z otworu wygramoliły się dwie dziewczyny w obcisłych kombinezonach. Stanęły przed wehikułem i przez chwilę kontemplowały widok, wymieniając uwagi. Następnie jedna wsiadła do środka i maszyna zniknęła.
– Strażniczki czasu – wydedukował Jakub. – Kurde, zabrała wehikuł…
Druga dziewczyna zeszła do domu. Egzorcysta rozejrzał się. W około rudery i kamienice, jakieś szopy i przybudówki sklecone z byle czego. Dołem, ulicą, przejechała dorożka.
– Może i jest rok 1888. Ale na Wojsławice to mi nie wygląda.
Podczołgał się do krawędzi dachu i wychyliwszy zajrzał przez okno na poddasze. Pierwszą rzeczą, którą zauważył, były trzy budki telefoniczne stojące pod ścianą.
– Aha. Tu mają swoją bazę – szepnął.
W kominku wisiał spory gar, wewnątrz coś bulgotało.
