
— Nazywam się Marek Emiliusz Skaurus — odparł trybun. Czuł, że w większym stopniu wypełnia go rozpacz niż odwaga. Wojna była dla Celta istotą jego życia, podczas gdy on sam tylko się w nią bawił; bardziej dla spełnienia swych politycznych ambicji niż z miłości do walki.
Pomyślał o swojej rodzinie w Mediolanie, o rodowym nazwisku, które przepadnie, jeśli on zginie tutaj. Jego rodzice żyli jeszcze, lecz minął już czas, kiedy mogli mieć dzieci, a trzy siostry Marka nie zapewniały ciągłości rodowego nazwiska w przypadku jego bezpotomnej śmierci.
Mniej czasu zajęła mu myśl o Waleriuszu Korwusie i o tym, jak — niemal trzy stulecia wcześniej — wyparł armię Celtów ze środkowej Italii, zabijając w pojedynku jego dowódcę. Nie wierzył, by ci Galowie umknęli, nawet gdyby zwyciężył. Lecz mógł pohamować i zmieszać ich na tyle, by uratować przed zgubą swoją armię.
Wszystko to przemknęło mu przez głowę, gdy uniósł klingę, by odwzajemnić grzeczność Gala.
— Czy ja również będę miał zaszczyt poznać twoje imię? — zapytał, wyczuwając uroczystą atmosferę chwili.
— Poznasz je. Jestem Viridoviks, syn Drappesa, wódz Lexovii.
Po dokonaniu formalności, Marek zaczął gotować się na atak Viridoviksa, lecz Celt, zaskoczony, wpatrywał się w jego miecz.
— Jak to się stało — zapytał — że jakiś Rzymianin dostał w swe ręce klingę druida?
— Druid, który ją nosił, próbował mi się przeciwstawić, lecz stwierdził, że nie może — odparł Marek zirytowany tym, że również jego wrogowie uważają za dziwne to, iż nosi miecz Celta.
— Ten miecz przybył do ciebie ze swej własnej woli, czyż nie? — mruknął Viridoviks, jeszcze bardziej zaskoczony. — Cóż, rzeczywiście posiadasz wspaniały miecz, zobaczysz jednak, że mój nie jest gorszy. — Ruszył naprzód w przysiadzie wytrawnego szermierza.
Celtyckie bzdury — pomyślał trybun; miecz jest narzędziem i nie ma więcej wolnej woli niż miotła. Lecz kiedy wzniósł miecz do osłony, nagle poczuł, że ogarnia go niepewność. To nie złudne światło wieczornej zorzy sprawiło, że druidyczne runy wybite na całej długości ostrza migotały i lśniły. Jarzyły się własnym gorącym, złotym światłem; światłem, które potężniało i nabierało życia z każdym krokiem zbliżającego się Viridoviksa.
