
Wewnątrz złotej kopuły ziemia zniknęła Rzymianom spod stóp, pozostawiając ich zawieszonymi w nicości. Doznali wywołującego mdłości uczucia ruchu i braku równowagi, choć najlżejszy powiew wiatru, który świadczyłby o tym, że się poruszają, nie dotknął ich twarzy. Ludzie klęli, wrzeszczeli, wzywali swych bogów, lecz na próżno.
Potem, niespodziewanie, znowu stanęli na ziemi; Marek doznał niesamowitego wrażenia, jak gdyby wystrzeliła gdzieś z dołu i zatrzymała się dotykając jego sandałów. Kopuła światła zniknęła w mgnieniu oka. Rzymianie ponownie znaleźli się na leśnej polanie, mniejszej i ciemniejszej niż ta, którą tak nieoczekiwanie opuścili. Otaczała ich głęboka noc. Choć Skaurus wiedział, że niedawno wzeszedł księżyc, tutaj nie mógł go dostrzec. Nie było też gromady Celtów. Za to złożył losowi szczere podziękowania.
Uświadomił sobie, że wciąż krzyżuje miecz z Viridoviksem. Cofnął się i opuścił klingę. Widząc to, Viridoviks ostrożnie zrobił to samo.
— Rozejm? — zapytał Marek. Gal był częścią magii, która sprowadziła ich w to miejsce. Zabicie go teraz byłoby głupotą.
— Tak, na razie — rzekł z roztargnieniem Viridoviks. Wydawał się bardziej zainteresowany rozglądaniem się wokół niż walką. Sprawiał też wrażenie całkowicie obojętnego na niebezpieczeństwo, w jakim się znalazł, otoczony przez swych wrogów. Marek zastanawiał się, czy ta zuchowatość była prawdziwa, czy też udawana. Otoczony przez Galów, on sam był zbyt przerażony, żeby udawać odwagę.
Przeniósł wzrok ze swojego miecza na miecz Viridoviksa. Teraz żaden z nich nie wydawał się czymś więcej niż kawałkiem zaostrzonej stali.
Wokół kręcili się Rzymianie, błąkając się po otwartej przestrzeni polany. Ku zaskoczeniu trybuna, żaden z nich nie przybiegł żądając śmierci Viridoviksa. Może — tak jak Skaurusa — to, co się wydarzyło, ogłuszyło ich tak mocno, że nie śmieli nic mu zrobić, a może sprawiła to pewna siebie postawa Celta.
