
Do Marka podszedł Juniusz Blisus. Zupełnie nie zwracając uwagi na Viridoviksa, zwiadowca zasalutował zgrabnie swemu dowódcy, jak gdyby trwanie przy legionowym formalizmie mogło pomóc mu w uporaniu się z przerażającym nieznanym, w którego obliczu się znalazł.
— Nie sądzę, żeby to w ogóle była Galia, panie — powiedział. — Poszedłem na skraj polany i drzewa, które tam rosną, wydają się bardziej podobne do tych, jakie można spotkać w Grecji, albo w miejscu takim jak Cylicja.
— Chociaż nie można powiedzieć, żeby to było złe miejsce — ciągnął. — Jest tutaj staw i potok, który do niego wpływa. Przez chwilę myślałem, że skończymy w Tar-tarze, i nigdzie indziej, tylko tam.
— Nie byłeś jedynym — powiedział szczerze Marek. Potem zamrugał. Nie przyszło mu do głowy, że cokolwiek się wydarzyło, mogło przecież pozostawić ich wciąż na ziemiach znajdujących się we władaniu Rzymu.
Salut zwiadowcy i jego domysły podsunęły trybunowi pomysł. Rozkazał swoim ludziom rozbić obóz nad stawem, który odkrył Blisus, zdając sobie sprawę, że rutynowe zajęcie — zadanie, które wykonywali przedtem setki razy — pomoże obedrzeć to miejsce z aury obcości.
Zastanowił się, jak zdoła wyjaśnić swoje przybycie rzymskim władzom, które mogły tu być. Niemal słyszał sceptyczny głos prokonsula: — Kopuła światła, powiadasz? Ta-ak, oczywiście. Powiedz mi, ile kosztowała cię cała droga…?
Wzniesiono szańce wyznaczające cztery boki kwadratu; wewnątrz, ustawione w równych rzędach, wyrosły ośmioosobowe namioty. Bez potrzeby przypominania im o tym, legioniści pozostawili spore miejsce, gdzie mógł pracować Gorgidas. Tam właśnie, niedaleko od Marka, Grek badał przy pomocy kleszczy ranę legionisty trafionego strzałą. Ranny żołnierz zagryzał wargi, by nie krzyczeć, a potem westchnął z ulgą, gdy Gorgidas wyciągnął haczykowaty grot.
