Płomienie strzeliły, obejmując wizerunek. — Patrzcie, jak bóg przyjmuje ofiarę! — zawołał Luciliusz. Marek ukrył uśmiech; wyglądało to tak, jakby legionista uważał kukłę, będącą namiastką ofiary, za człowieka.

Jednak trybun zastanowił się przez chwilę, czy Luciliusz nie zobaczył czegoś, czego on nie dostrzegł. Kukła z wilgotnego sitowia powinna palić się wolno, a tę ogień pochłonął, jakby była smolną drzazgą. Marek skrzywił się, tłumiąc przesądne myśli, które go opadły. Jeden cud na wieczór wystarczy — powiedział sobie stanowczo. Odwrócił się od ogniska i odszedł, by zobaczyć, jak Gorgidas radzi sobie z rannymi.

— Jak to wygląda? — warknął na niego Gorgidas.

— Niezbyt dobrze — przyznał Skaurus. Gorgidas biegał od jednego rannego do drugiego, tu bandażując, tam zszywając, gdzie indziej potrząsając głową nad ranami, których nie miał nadziei wyleczyć. Trybun zapytał:

— Jak mogę ci pomóc?

Grek uniósł wzrok, jak gdyby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Marka.

— Hmm? Niech pomyślę… Gdybyś rozkazał paru żołnierzom, żeby pracowali ze mną, mogłoby mi to odrobinę pomóc. Będą niezdarni, ale lepsze to niż nic, a niekiedy człowiek, który tak bardzo wije się z bólu, musi być przytrzymany, czy tego chce, czy nie.

— Zajmę się tym — odpowiedział trybun. — A co się stało z Attiliuszem i Publiuszem Kurtianusem?

— Z moimi pomocnikami? A jak sądzisz, co się z nimi stało?

Marek wycofał się pospiesznie z rozpaloną rumieńcem twarzą. Niemal zapomniał posłać Gorgidasowi legionistów.

Gajusz Filipus i Viridoviks wciąż kłócili się na uboczu, z dala od miejsca, gdzie przebywała większość ludzi. Starszy centurion wyciągnął miecz. Skaurus podbiegł, by zapobiec walce. Stwierdził, że niczemu nie musi zapobiegać; Gajusz Filipus pokazywał Galowi pchnięcia.



22 из 399