
— Zapytaj go, po co za nami podążał.
— Zapytam, panie — odpowiedział Liscus i przełożył pytanie na melodyjną mowę Celtów. Jeniec zawahał się, a potem odpowiedział pojedynczym, krótkim zdaniem. — Mówi, że polował na dzika — zameldował Liscus.
— Sam? Nikt nie byłby takim głupcem — rzekł Marek.
— W dodatku to nie jest włócznia na dziki — powiedział Gajusz Filipus, biorąc ją od zwiadowcy. — Gdzie jest poprzeczka poniżej grotu? Bez niej raniony dzik sam nadzieje się na drzewce i wyparuje flaki z człowieka.
Marek zwrócił się do Fiskusa.
— Powiedz mu, że tym razem ma mówić prawdę. I tak wydobędziemy ją z niego, w ten czy w inny sposób. Wybór należy do niego: może ją nam powiedzieć, albo możemy ją z niego wydusić. — Marek powątpiewał, czy potrafiłby z zimną krwią torturować człowieka, ale nie widział powodu, by powiadamiać o tym Celta.
Lecz Liscus zaczął mówić dopiero wtedy, kiedy więzień gibkim skrętem i szarpnięciem wyrwał się trzymającym go mężczyznom. Jego ręka śmignęła do sztyletu w kształcie liścia, chytrze podwieszonego pod lewym barkiem. Zanim zaskoczeni Rzymianie zdołali go powstrzymać, wbił sobie ostrze między żebra, dosięgając serca. Kiedy padał na ziemię, powiedział w najczystszej łacinie: — Żebyście zdechli.
Wiedząc, że to nic nie da, Skaurus krzyknął na lekarza; Celt wyzionął ducha nim mężczyzna zdążył podbiec. Lekarz, pyskaty Grek imieniem Gorgidas, spojrzał na sterczącą z piersi mężczyzny rękojeść noża i warknął:
— Zbyt wiele ode mnie żądasz. Jeśli chcesz, mogę zamknąć mu oczy.
— To nie ma znaczenia. Już kiedy cię wołałem wiedziałem, że nic nie możesz zrobić. — Trybun zwrócił się do Juniusza Blisusa. — Ty i twoi ludzie zasłużyliście na pochwałę za wytropienie i pojmanie szpiega, ale należy wam się nagana za to, że nie przeszukaliście go dokładnie i za to, że za słabo go trzymaliście.
