
— Pełna gotowość bojowa, panie? — zapytał Gajusz Filipus.
— Tak. — Marek uniósł głowę, spoglądając na zachodzące słońce. — Mam nadzieję, że przed zmierzchem uda nam się znaleźć jakąś polanę na obozowisko. Czułbym się bezpieczniej za szańcami.
— I ja. A jeszcze bezpieczniej czułbym się mając za sobą parę legionów. — Centurion oddalił się, by wprowadzić odpowiednie zmiany w kolumnie marszowej Rzymian, wysuwając oszczepników i zmniejszając odległości pomiędzy manipułami. Pełen podniecenia szum przebiegł przez szeregi. Tu ktoś pospiesznie ostrzył miecz, tam ktoś inny odcinał zbyt długi pasek skórzanych sandałów, który mógł mu przeszkodzić w walce, jeszcze ktoś inny pociągał ostatni haust cierpkiego wina.
Gdzieś z przodu, z miejsca niewidocznego za zakrętem ścieżki, rozległy się okrzyki. Jakąś minutę później do głównej kolumny pobiegł wolno zwiadowca.
— Wyśledziliśmy jeszcze jednego czatownika w zaroślach, panie. Obawiam się, że ten zdołał uniknąć.
Marek gwizdnął krótko przez zęby. Odprawił zwiadowcę bez słowa podziękowania, a potem spojrzał na Gajusza Filipusa pewien, że centurion odczuwa taką samą nieuchronność nadciągających kłopotów, jak i on. Gajusz Filipus skinieniem głowy odpowiedział na jego nie wypowiedzianą myśl.
— Tak, niewątpliwie po to tu jesteśmy.
Lecz kiedy kolejny zwiadowca z przedniej straży wrócił, by zameldować, że ścieżka wychodzi na sporych rozmiarów polanę, trybun odetchnął. Nawet niewielki oddział, który prowadził — mniej niż jedna trzecia legionu — mógł szybko zbudować ziemne fortyfikacje wystarczająco solidne, by odeprzeć wielokrotnie liczniejszą rzeszę barbarzyńców.
