Wyjąwszy szlachciców wielu nosiło tylko skórzany kaftan albo co najwyżej hełm. Z widocznych pancerzy, większość była dziełem Rzymian; zdobycz z poprzednich bitew.

— I co o nich powiesz? Jakieś trzy tysiące, co? — zapytał Marek, kiedy potok Celtów przestał wreszcie płynąć.

— Tak. Mniej więcej ich dwóch na naszego jednego człowieka. Mogło być gorzej. Oczywiście — ciągnął Gajusz Filipus — ten cholerny widok mógł być też lepszy.

Po drugiej stronie polany dowódca Galów, wyglądający wspaniale w czarno-złotej zbroi i narzucie z barwionych na karmazynową czerwień skór, przemawiał do swoich ludzi, doprowadzając ich do bitewnego szału. Znajdował się zbyt daleko, by Rzymianie mogli rozróżnić słowa, lecz dzikie okrzyki słuchaczy i głuchy łomot drzewc włóczni o tarcze świadczyły o furii, jaką wzniecał.

Głowy zwróciły się w stronę Skaurusa, gdy wyszedł przed swoje oddziały. Przez chwilę nie odzywał się, zbierając myśli i czekając, by jego ludzie bez reszty skupili na nim swoją uwagę. Choć nigdy przedtem nie przemawiał przed bitwą, przywykł do publicznych wystąpień, mając za sobą dwukrotne ubieganie się o urząd sędziego w swoim rodzinnym mieście — za drugim razem uwieńczone powodzeniem. Technika, jeśli nie okoliczności, wydawała się podobna.

— Wszyscy słyszeliśmy Cezara — zaczął i wzmianka o ukochanym wodzu legionistów wywołała, na co miał nadzieję, pochwalne okrzyki. Ciągnął dalej: — Wszyscy też wiemy, że nie potrafię przemawiać tak dobrze i wcale nie mam zamiaru próbować. — Uciszył lekki śmiech wyciągniętą do góry ręką. — Tak czy owak, nie ma takiej potrzeby; sprawa jest zupełnie prosta. Cezara dzieli od nas najwyżej pięć dni marszu. Wielokrotnie biliśmy Galów. Jeszcze jedno zwycięstwo tutaj, teraz, i będą mieli taką samą szansę, by przeszkodzić nam w połączeniu się z nim, jaką ma żaba na biesiadzie wężów.



6 из 399