Rzymianie wznieśli radosne okrzyki. Galowie odpowiedzieli krzykami, potrząsając pięściami, wymachując dzidami i wywrzaskując krwiożercze groźby we własnym jeżyku.

— Słyszałem gorsze — ocenił przemowę Gajusz Filipus. W jego ustach była to wyjątkowa pochwała, lecz Skaurus prawie go nie słyszał. Niemal całą swoją uwagę skupił na Celtach, którzy, za swoim wysokim dowódcą, zbliżali się truchtem do Rzymian. Wolałby spotkać się z nimi przy strumyku, pośrodku polany, lecz by to zrobić, musiałby odsunąć cały szyk od lasu, na którym wspierały się flanki.

Tylko strzelcy zareagowali na zbliżanie się wroga. Pro-carze ciskali ołowiane pociski, które ze świstem wpadały w szeregi Galów, z hukiem odbijając się od tarczy albo z miękkim mlaśnięciem wchodząc w ciało. Łucznicy wzmogli ostrzał, naciągając cięciwy i opróżniając kołczany tak szybko jak mogli. Tu i tam w szyku barbarzyńców ktoś potknął się i upadł, lecz powodowało to znikomy uszczerbek w napierającej masie.

Celtowie podnieśli radosną wrzawę, kiedy jeden z ich łuczników przeszył strzałą rzymskiego procarza w chwili, gdy ten zamierzał się do rzutu. Pocisk, który miał posłać w szeregi nieprzyjaciół, wzleciał nieszkodliwie w powietrze.

Celtowie zbliżyli się, rozbryzgując głęboką po kostki wodę strumyka. Rzymscy strzelcy wypuścili kilka ostatnich pocisków, a potem pierzchnęli pod osłonę własnej formacji.

Długi galijski miecz wydawał się w ręku Marka lekki jak piórko. Druidyczne runy wybite na klindze zdawały się jarzyć własnym blaskiem w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Jakaś strzała wbiła się w ziemię przy stopach trybuna. Niemal nieświadomie przesunął się na bok o kilka kroków.



7 из 399