
Zmusił się do wstania i otworzył szafę, w której trzymał ciepłe rzeczy. Smród tony naftaliny ogarnął go bez ostrzeżenia. Najpierw zabrakło mu powietrza, potem oczy zaszły łzami, wreszcie zaczął kichać. Kichnął jakiś tuzin razy z rzędu, śluz ciekł mu z nosa, w głowie szumiało, czuł ból w klatce piersiowej. Zapomniał, że jego gospodyni Adelina od zawsze prowadziła osobistą, nieubłaganą wojnę z molami, regularnie ponosząc w niej klęskę. Zrezygnowany zamknął szafę i poszedł wyciągnąć ciepły sweter z komody. Tu także Adelina użyła trującego gazu, ale Montalbano był już na to przygotowany i obronił się wstrzymaniem oddechu. Wyszedł na werandę i rozpostarł sweter na stoliku, żeby po przewietrzeniu trochę mniej śmierdział. Kiedy już umył się, ogolił i ubrał, wrócił na werandę, aby go włożyć. Swetra nie było. Właśnie tego nowiutkiego swetra, który Livia przywiozła mu z Londynu! No i jak on teraz jej wytłumaczy, że jakiś przechodzący tędy sukinsyn nie mógł oprzeć się pokusie, sięgnął ręką i tyleś go widział? Wyobraził sobie, jak zabrzmi rozmowa z ukochaną.
„No, oczywiście! Można to było przewidzieć!''
„Wybacz – dlaczego?"
„Bo to ja ci go podarowałam!"
„A co to ma do rzeczy?"
„Właśnie, że ma, i to jeszcze jak! Nie przywiązujesz nigdy wagi do moich prezentów! Na przykład koszula, którą ci przywiozłam z…"
„Jeszcze ją mam".
„Pewno, że masz, skoro ani razu jej nie włożyłeś! A teraz proszę: sławny komisarz Montalbano daje się okraść jakiemuś złodziejaszkowi! Tylko pod ziemię się zapaść!"
W tej chwili dojrzał sweter. Porwany przez wiatr, sunął po plaży, a każdy podmuch przybliżał go do mokrego, zalewanego przez fale piasku.
Montalbano przeskoczył balustradę i rzucił się biegiem, nabierając piasku do butów i skarpetek. Schwycił sweter w ostatniej chwili, zanim zdążyła go połknąć gwałtowna fala, której musiał zdecydowanie przypaść do gustu.
Kiedy wracał na wpół oślepiony niesionym przez wiatr piaskiem, z przykrością stwierdził, że sweter zamienił się w bezkształtny, wilgotny kłąb wełny.
