
Zaledwie wszedł do domu, zadzwonił telefon.
– Witaj, kochany. Co u ciebie? Chciałam ci powiedzieć, że dziś nie będzie mnie w domu. Idę na plażę z przyjaciółką.
– Nie pójdziesz do biura?
– U nas dzisiaj święto – dzień patrona miasta.
– Pogoda ładna?
– Cudowna.
– No to dobrej zabawy, i do wieczora.
Tego tylko mu brakowało w tym przepięknym dniu! Trzęsie się tu z zimna, a tam Livia rozkoszuje się słońcem! Jeszcze jeden dowód, że na świecie nie jest już tak jak dawniej. Teraz na Północy umiera się z gorąca, a na Południu – mróz, niedźwiedzie, pingwiny.
Wstrzymywał właśnie oddech przed ponownym otwarciem szafy, kiedy telefon zadzwonił powtórnie. Montalbano zawahał się chwilę, ale pomyślawszy o skurczu żołądka, o który przyprawi go smród naftaliny, jednak podniósł słuchawkę.
– Halo?
– Ach, panie komisarzu, panie komisarzu! – odezwał się zbolałym, zadyszanym głosem Catarella. – Czy to pan osobiście we własnej osobie?
– Nie.
– Więc kto to taki, z kim teraz mówię?
– Jestem Arturo, bliźniak komisarza.
Dlaczego zaczął stroić sobie żarty z tego biedaczyny? Może po to, żeby wyzbyć się trochę złego humoru?
– Naprawdę? – zdziwił się Catarella. – Bardzo przepraszam, panie bliźniaku Arturo, ale jeśli komisarz przebywa w domu, zawiadomi go pan, że potrzebuję z nim rozmawiać?
Montalbano odczekał kilkanaście sekund. Wybieg, który właśnie wymyślił, mógłby mu się przydać w jakiejś innej sytuacji. Zapisał sobie na kartce papieru: „Mój brat bliźniak nazywa się Arturo", po czym odpowiedział Catarelli:
– To ja, o co chodzi?
– Ach, panie komisarzu, panie komisarzu! Koniec świata! Zna pan miejsce, gdzie miał swoje biuro księgowy Gragnano?
– Chcesz powiedzieć – Gargano?
– Tak. Bo jak ja powiedziałem? Powiedziałem Gragnano.
