Gra wspomnień jest smutną grą, w której nigdy się nie wygrywa. Poszedł do łóżka około trzeciej nad ranem. Potem przynajmniej trzy razy wstawał, żeby napić się wody; wreszcie przyniósł karafkę do sypialni i postawił na nocnej szafce. W rezultacie o siódmej rano brzuch miał tak wypełniony wodą, że wyglądał, jakby był w ciąży. Na dworze zrobiło się pochmurno, co spotęgowało jego zdenerwowanie, i tak powstrzymywane już z największym trudem po tej okropnej nocy.

Zadzwonił telefon.

Montalbano podniósł słuchawkę i powiedział zdecydowanym tonem:

– Catarella, nie zawracaj mi dupy.

– Nie jestem tym, do którego pan mówi. To ja jestem, panie komisarzu.

– Kim jesteś?

– Nie poznaje mnie pan? Jestem Adelina.

– Adelina! O co chodzi?

– Panie komisarzu, chciałam powiedzieć, że dziś nie mogę przyjść.

– Trudno, nie przychodź.

– Nie mogę przyjść też jutro ani pojutrze.

– Dlaczego?

– Zabrali do szpitala żonę mojego młodszego syna, bo rozbolał ją brzuch. Muszę zająć się dziećmi, jest ich czworo, najstarszy ma dziesięć lat, to zbój jeszcze gorszy od swojego ojca.

– No dobrze, Adelino, nie przejmuj się. Odłożył słuchawkę, poszedł do łazienki, wziął nagromadzone tam rzeczy do prania, z utytłanym w piasku swetrem odLivii włącznie, wsadził wszystko do pralki. Nie znalazł żadnej czystej koszuli, włożył więc używaną. Pomyślał, że przynajmniej na trzy obiady i trzy kolacje będzie musiał pójść do gospody, ale przysiągł sobie, że nie da zwieść się na pokuszenie i pozostanie wierny „San Calogero". Po telefonie od Adeliny jego zły humor osiągnął szczyt, ponieważ Montalbano wiedział, że nie potrafi zadbać należycie ani o dom, ani o samego siebie.

W komisariacie panował – jak się wydawało – całkowity spokój. Catarella, zagłębiony w rozmowie telefonicznej – chyba bardzo trudnej, bo raz po raz ocierał rękawem pot z czoła – nie zauważył nawet przybycia komisarza. Na swoim biurku Montalbano znalazł kartkę z



34 из 141