
Zadzwonił telefon.
Montalbano podniósł słuchawkę i powiedział zdecydowanym tonem:
– Catarella, nie zawracaj mi dupy.
– Nie jestem tym, do którego pan mówi. To ja jestem, panie komisarzu.
– Kim jesteś?
– Nie poznaje mnie pan? Jestem Adelina.
– Adelina! O co chodzi?
– Panie komisarzu, chciałam powiedzieć, że dziś nie mogę przyjść.
– Trudno, nie przychodź.
– Nie mogę przyjść też jutro ani pojutrze.
– Dlaczego?
– Zabrali do szpitala żonę mojego młodszego syna, bo rozbolał ją brzuch. Muszę zająć się dziećmi, jest ich czworo, najstarszy ma dziesięć lat, to zbój jeszcze gorszy od swojego ojca.
– No dobrze, Adelino, nie przejmuj się. Odłożył słuchawkę, poszedł do łazienki, wziął nagromadzone tam rzeczy do prania, z utytłanym w piasku swetrem odLivii włącznie, wsadził wszystko do pralki. Nie znalazł żadnej czystej koszuli, włożył więc używaną. Pomyślał, że przynajmniej na trzy obiady i trzy kolacje będzie musiał pójść do gospody, ale przysiągł sobie, że nie da zwieść się na pokuszenie i pozostanie wierny „San Calogero". Po telefonie od Adeliny jego zły humor osiągnął szczyt, ponieważ Montalbano wiedział, że nie potrafi zadbać należycie ani o dom, ani o samego siebie.
W komisariacie panował – jak się wydawało – całkowity spokój. Catarella, zagłębiony w rozmowie telefonicznej – chyba bardzo trudnej, bo raz po raz ocierał rękawem pot z czoła – nie zauważył nawet przybycia komisarza. Na swoim biurku Montalbano znalazł kartkę z
